Trzeci album grupy z Kalifornii przyniósł zmianę brzmienia. Czy na lepsze?
Cypress Hill to zespół, który jest otoczony zieloną mgiełką nostalgii, dla wielu był to jeden z pierwszych kontaktów z amerykańskim rapem. Oczywiście, najczęściej padało na Black Sunday, drugi album grupy, który zawierał takie hity, jak Hits From the Bong czy Insane in the Brain. Płyta pokryła się potrójną platyną i z pewnością pomogła we wzroście konsumpcji zielonych topów. Ponad dwa lata później, w Halloween 1995, pojawił się trzeci album Cypress Hill, Cypress Hill III: Temples of Boom. Biorąc pod uwagę mroczny zwrot, jaki obrały bity DJ-a Muggsa, był to bardzo adekwatny termin premiery.
Black Sunday charakteryzował może niekoniecznie wesoły klimat, ale z pewnością mocno odczuwalny, stonerski luz - oczywiście luz w bardzo gangsterskim kontekście. Na Temples of Boom panuje zgoła inna atmosfera. Tak, gęsty dym zielonych liści spowija głośniki, ale wywołuje więcej zjaranej paranoi niż luzu. Produkcja DJ-a Muggsa przeszła ciekawą przemianę. O ile na Black Sunday słychać było echa lat 80-tych (szczególnie w breakach), tak Temples Of Boom to zdecydowanie dziecko nowej ery. Breaki brzmią ciekawiej, a to, co się dzieje w samplach, zasługuje na osobne peany. Czy będą to pianina rodem z horrorów, czy upiorne skrzypce, czy niepokojące dzwoneczki, całość składa się na instrumentalny obraz grozy. Jest tu co prawda kilka bardziej wyluzowanych podkładów (Boom Biddy Bye Bye, Everybody Must Get Stoned, czy Spark Another Owl), ale dominujący klimat jest raczej ciężki. Cypress Hill to synowie Kalifornii, ale na tle słonecznego G-funku, który dominował wtedy w regionie, wypadali bardziej jak strażnicy zakazanych, starożytnych krypt. Co zresztą podkreślała wyjątkowo mroczna okładka.
Treść szła w parze z ponurą oprawą. Nawet w łagodnym Boom Biddy Bye Bye pierwsze skrzypce grają groźby karalne, a B-Real sączący metodycznie słowa o przykładaniu Glocka do głowy brzmi zatrważająco. No Rest For the Wicked to z kolei okrutny diss na Ice Cube’a, przeciągający go po błocie w każdym możliwym kontekście. Na linii Cypress Hill - Ice Cube wrzało przez piosenkę Throw Your Set In The Air, którą rzekomo próbował podkraść dawny członek NWA. Utwór z Temples Of Boom był sygnałem do wojny podjazdowej, którą zakończyła, oczywiście po kilku dissach, rozmowa telefoniczna między B-Realem i Ice Cubem. Jednym z najlepszych utworów na płycie jest Stoned Raiders, samplujący Egzorcystę. Zresztą adekwatnie, bo B-Real jest w nim wściekły niczym demon zasiedlający dziewczynkę z filmu. W ogóle ilość fucków jest na tej płycie niemal rekordowa, ale akurat to nic nowego u Cypress Hill. Ciekawie wypada za to gościnny wkład Wu-Tang Clanu, czyli Killa Hill Niggas, ze zwrotkami RZA i U-Goda (ten pierwszy zresztą wyprodukował utwór). Na Temples of Boom Sen Dog i B-Real są w naprawdę świetnej formie, co chwilę nawijając proste, groźne i bardzo skuteczne wersy. Ten pierwszy emituje bardzo przekonującą energię, chociaż nie da się ukryć, że to skrzeczący głos B-Reala zapada mocniej w pamięć. Cypress Hill to niekoniecznie skład o najlepszych raperach w historii, ale solidności nie można im odmówić.
Black Sunday było komercyjnym sukcesem, więc wytwórnia Ruffhouse (pod skrzydłami wielkiego matecznika Columbia Records), z którą Cypress Hill miał kontrakt, pokładała duże nadzieje w kolejnej płycie. Nie da się ukryć, że ponury charakter Temples Of Boom trochę te plany pokrzyżował. Zresztą sama grupa nagrała album w krótkim okresie, poświęcając większość czasu w studiu na smażenie gandy i wygłupy ze znajomymi. Ostatecznie trzecia płyta Cypress Hill nie podbiła list przebojów w takim samym stopniu, jak poprzedniczka, ale też wstydu nie było. Temples of Boom pchnęło ponad milion egzemplarzy, pokrywając się platyną. Nie jest to może album, za który Cypress Hill pamięta się najmocniej - tu jednak czapki z głów przed debiutem i przebojowym Black Sunday - ale w temacie mrocznej, ujaranej do nieprzyzwoitości gansterskiej nawijki, Temples of Boom staje w szranki z najlepszymi.
