Współczesne seriale rywalizują na równych prawach z filmami. Przyglądamy się jednej z najpotężniejszej broni w tej walce – czyli muzyce.
Żyjemy w czasach, w których seriale dostały niesamowitą możliwość i niesamowite budżety, by móc stawać w szranki – i niejednokrotnie również wygrywać – z filmami. Znamienne było to, że nawet taki Behemot jak Disney mocniej promował swój nad wyraz udany serial Mandalorian, niż katastrofalne zwieńczenie filmowej sagi.
Serialowa rewolucja była możliwa nie tylko dzięki artystycznym przetarciu szlaków przez produkcje w rodzaju The Wire czy Sopranos. Kolejnym etapem było finansowe pompowanie produkcji uwikłanych w morderczą wojnę o ekskluzywny content na platformach. Najmocniej odczuwać możemy to po efektach specjalnych i aktorskich nazwiskach, ale także po muzyce.
Soundtracki nowoczesnych seriali znają swoją wagę – przykład kina pokazał, jak potężnym narzędziem w kreowaniu atmosfery jest oprawa dźwiękowa na najwyższym poziomie. Zdarza się, że OST generuje nową modę, jak było w przypadku Stranger Things, które jeszcze bardziej wzmocniło pozycję synthwave’u. Wybraliśmy dla was trzy seriale, które oprócz tego, że są bardzo dobre, mają także niesamowite ścieżki dźwiękowe.
Po masakrze, jaką urządziło DC kultowej pozycji Alana Moore’a, HBO przywróciło wiarę w to, że w uniwersum Watchmen można opowiadać nowe historie odpowiadające rewolucyjnemu i progresywnemu duchowi oryginału. W tym, jak dobry jest serial, na pewno pomaga niesamowita ścieżka dźwiękowa Atticusa Rossa i Trenta Reznora. Duet współpracuje ze sobą od dawna, czy to w Nine Inch Nails, czy np. przy okazji filmów, za które później zgarniają Oscara, jak było to z The Social Network.
Jeśli chodzi o ich pracę przy The Watchmen, to trzeba jej oddać nieszablonowość przy jednoczesnym poruszaniu się po znanych ścieżkach. Futurystyczne wariacje na temat muzyki elektronicznej słyszymy na małym i dużym ekranie od dawna, a combo maszyn perkusyjnych i modularnych syntezatorów zdążyło się już trochę osłuchać – a jednak Ross i Reznor tworzą tutaj opresyjną sieć dźwięków, idealnie budującą napięcie i atmosferę świata serialu. Oglądając serial łatwo zakrzyknąć: co za niesamowity numer! I może to dotyczyć zarówno pojedynczej linii syntezatora w intymnej scenie, jak i potężnej eksplozji rytmu i niemal klubowej energii w trakcie dynamicznych scen akcji. Ewidentnie ci panowie bardzo dobrze rozumieją materiał źródłowy i doskonale się do niego dostosowują.
Nie jest tajemnicą, że Disney do pracy przy swoich serialach przeznaczonych na platformę streamingową sięga do długiej listy nazwisk sprawdzonych przy marvelowskich superwidowiskach. Jon Favreau oparł Mandaloriana na sprawdzonych patentach i cytatach z westernów, toteż łatwo było o równie banalny dobór muzyki (co nie znaczy, że serial o przygodach Baby Yody i ziomka w kuble na głowie nie jest dobry – uderza w znajome struny, ale robi to naprawdę sprawnie). Na szczęście Ludwig Göransson, który stoi np. za soundtrackiem do Black Panther (czego by nie mówić o samym filmie, jego oprawa muzyczna była rewelacyjna) czy dzieckiem Childisha Gambino zwanym Awaken, My Love!, nie idzie na łatwiznę.
Kiedy trzeba, muzyka w Mandalorianie świetnie buduje napięcie bądź współgra z cierpliwymi, klimatycznymi ujęciami. Jeśli mamy do czynienia ze scenami akcji, to Göransson sięga po sprawdzone przy Black Panther baraże bębnów i rytmicznej epiki. Młody muzyk i producent ma wszystko, by stać się kolejnym blockbusterowym wyrobnikiem, cynicznym następcą Zimmera na drodze ku wypaleniu. Ale jednak broni się kreatywnością jak może, nawet jeśli dokłada cegiełki do niezbyt innowacyjnej konstrukcji, jaką jest sama produkcja.
Islandzka kompozytorka niedawno odebrała Złotego Globa za muzykę do Jokera, kontynuując swoją kapitalną passę. Jej utwory do serialu o katastrofie w elektrowni atomowej są równie dobre, a miejscami nawet o wiele lepsze niż we wspomnianym filmie. Upiorna wiolonczela, przestery i sprzężenia tworzą niesamowite tło do opowieści o apokaliptycznych wydarzeniach. Guðnadóttir z rozmysłem nie pcha się przed obraz, dawkując wstrząs i napięcie. Soundtrack odniósł wielki sukces, a odgrywany był na żywo m.in. na krakowskim Unsoundzie. Jeśli są jakaś dobre drogi do popularyzacji nowoczesnej muzyki eksperymentalnej, to mały ekran wydaje się najlepszą z nich.