DETALE I NIUANSE. Ekstraklasa obnażona, czyli wreszcie skupimy się na meritum

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
WislaKrakow.jpg
FOT. JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Nie powiemy już, że kibice byli najbardziej wartościowym elementem widowiska, a meczu Lecha z Legią nie podsumujemy fantastyczną sektorówką ani racowiskiem. W naszym kraju mało piłki w piłce, ludzie się tym nie interesują, ale przyszła pora, by skupić się tylko na wydarzeniach z boiska. Chce się rzec: wreszcie!

Trzeba z przykrością przyznać, że w naszym kraju nie ma zainteresowania piłką. Nie ma co mydlić oczu, że jest inaczej. Interesujemy się sukcesem, ale zwykle nie niesie to za sobą efektu długofalowego. Lubimy się podłączać do nośnych tematów. Emocje wywołują Legia i Lech, lecz najbardziej w swoich miastach. Wisła Kraków też działa na wyobraźnię. Ożywiamy się przy okazji przygody w europejskich pucharach, a kwitujemy ją zwrotem „kiedyś to było”. Emocji w kraju dostarcza reprezentacja, owszem, ale raz na trzy miesiące. Łapiemy zajawkę przy okazji dużego turnieju – ostatnio szczęśliwie aż co dwa lata. Coś zaczyna się dziać, gdy skoczkowie, siatkarze czy koszykarze mają na horyzoncie sukces. Umówmy się – dla przeciętnego widza ligowe zmagania opierają się tylko na folklorze i sentymencie.

W Polsce nie ma zbytniej kultury na piłkę. Sport traktujemy w kategoriach rozrywki. Z ekstraklasy najlepiej się pośmiać, opowiedzieć o niej żart. O futbolu dyskutujemy przez pryzmat anegdotek, zabawnych historii, skojarzeń. Chichot pojawia się, gdy ktoś wysmarował koledze majtki bengay'em albo dojdzie do wspomnienia zakrapianej imprezy. Nie widziałbym w tym totalnie nic złego, gdyby nie brakowało tej drugiej strony medalu.

Ten przykry obraz dopełnia to, że większość klubów ekstraklasy na nieorganizowaniu meczów finansowo nie straciła. Wręcz dzień meczowy wyszedł im korzystnie, bo zwykle muszą dołożyć do takiego przedsięwzięcia. Na Rakowie, Pogoni, Wiśle Płock czy Zagłębiu oglądamy garstkę. Okazuje się, że kluby wolą nie grać w piłkę niż grać, co zupełnie rozjeżdża się z sensem ich funkcjonowania. Gdyby nie miejskie pieniądze, część z nich dawno by leżała. Sukces jest pewnym elementem przyciągającym na stadiony, ale też nie zawsze. Musisz mieć odpowiednią bazę, by poprawić sytuację z frekwencją jak Śląsk Wrocław. Takie mistrzostwo Piasta zostało zaprzepaszczone, trybuny dalej świecą pustkami, u nas zwyczajnie trudno wytworzyć kulturę kibicowania. Skojarzyć ubieranie barw drużyny, pójście na stadion i bycie fanem z czymś cool. Jak powiesz cioci na imieninach, że chodzisz na Legię i jesteś kibicem, to w jej głowie mogą się pojawić różne obawy.

A tak już w samej grupie zainteresowanych, przez jaki pryzmat opowiadamy o meczach ekstraklasy? Przez historyjki. Ktoś się na kimś odegrał, nieśmiertelny Paweł Brożek znowu strzela, Kuba Błaszczykowski gra za 500+, racowisko przyćmiło widowisko, polski klub czekają kary za wybryki, a w ogóle na końcu dodajmy, że skończyło się 2:1. Takiej formy szuka się wszędzie, ale u nas prawie nie ma tej opowieści o boisku, do czego – uczciwie się przyznaję – w pewnym momencie sam przykładałem rękę. Widziałem sens opowiadanie o naszej lidze tylko przez ludzkie historie, niekoniecznie opowiadania o wydarzeniach na murawie czy boiskowej roli tego bohatera. Nie chciałbym nagle wszystkiego zanegować, po prostu poszukać zdrowszych proporcji.

Wiadomo, że wiele wymusza sytuacja. Inaczej opowiadalibyśmy o futbolu, gdybyśmy mieli gwiazdy. Jakby nam co kolejkę błyszczał zagraniami Kai Havertz albo Josip Iličić, to podeszlibyśmy do sprawy nieco inaczej. Wtedy można by się obrażać, że brakuje rozmowy o ich boiskowej inteligencji. Ale żeby nie szukać sytuacji z kosmosu, jak mieliśmy pana piłkarza Vadisa Odjidję-Ofoe, to znacznie częściej słyszałem dyskusje o tym, jak on się rusza i gra w piłkę. Nie wymagam, żeby przeciętny kibic w barze napominał o tym, że Jacek Magiera zrobił z niego „10”, mimo że większość trenerów widziała w nim „6”, ale wierzę, że piękne zagrania wzmagają chęć opowieści o nich.

Niedzielnego widza nie obchodzi piłka w piłce. Obchodzi to ekspertów, ale nadal niewielu jest takich, których możemy regularnie słuchać z przyjemnością. To ułamek ludzi opowiadających, w jakim kierunku idzie gra w naszej lidze, dlaczego tak to wygląda, jak zmieniają się trendy, jak trenują drużyny. Nie powiemy, dlaczego zespoły Marka Papszuna specjalizują się w stałych fragmentach gry ani wyróżniają podejściem taktycznym, zostaniemy przy tym, że to to fizyczna liga, a rzeźnik z Kobyłki potrafi zmotywować zawodników.

Nikogo nie obchodzi, co trenowali, tylko ile przebiegli. Szerszy kontekst nikogo nie interesuje. Skoro źle grają, to pewnie imprezują. Skoro przegrywają, to pewnie zawalili okres przygotowawczy. Skoro nie idzie, to pewnie szrot i trener do zwolnienia. Proste pytania, proste odpowiedzi.

Brakuje inspirujących postaci opowiadających o krajowej piłce. Bo jak ktoś już wie więcej, zwykle nie zamierza się z tym wychylać publicznie. Nie mówmy, że w Polsce jest kultura na futbol, skoro mamy jeden ogólnokrajowy dziennik sportowy, który i tak ledwo zipie. Skoro w ogólnokrajowej telewizji zawsze więcej uwagi dostają race i sektorówki niż wydarzenia boiskowe. Skoro w barze miałbym wątpliwości, czy usiąść w koszulce innego klubu niż wspieranego w danym mieście. Wina częściowo stoi po stronie naszej branży, sam zrobiłem rachunek sumienia. Wina stoi też po stronie klubów – moim zdaniem nadal zabarykadowanych, pokazujących tylko to, co wygodne, ale mało prawdziwe.

Piłka jest dla kibiców, oni ją napędzają, ale cieszy mnie że ekstraklasa wraca w takiej formie. Naga. W najczystszej postaci. Jeśli już ją odpalisz, będziesz musiał skupić się na boisku. Bez anturażu wspaniałych stadionów, głośnego dopingu, kreatywnych opraw czy wulgarnych wierszy w kierunku federacji, sędziów albo rywala. Może naiwnie wierzę, że to okazja, by zamiast zaśmiać się z gniazdowego, przyjrzeć się, co tam się dzieje. Nie ograniczać się do wyniku. Trzy punkty i jazda z rywalami.

Zostajemy pozbawieni całej otoczki, zostaje naga prawda o tym, czy ktoś potrafi dobrze przyjąć, prosto dośrodkować, mądrze się ustawić. To już się nie obroni w inny sposób, mimo że w ciemno zakładam, że najwięcej dyskusji będzie o nagranym dźwięku w tle. Czy to się da oglądać, czy tego się nie da oglądać.

Na dłuższą metę bardzo mało u nas rozmów o piłce, może to jakaś szansa? Do mainstreamu się to nie przebija. Nikt nie uczy spojrzenia z innej perspektywy niż przygotowania fizycznego czy rozpuszczonych, przepłaconych gwiazd. Nikt nie tłumaczy pewnych mechanizmów, bo wszystko jest jak za kłódką.

Sam zamierzam się na tym skupić, chociaż mówimy o 29. lidze Starego Kontynentu. Uważamy się za pępek świata, a oglądamy plecy Bułgarii, Azerbejdżanu, Białorusi, Kazachstanu czy Izraela. To taki czas, gdy rzeczywistość powie: sprawdzam. Oby tylko nie skończyło się tradycyjnie, czyli na wymówkach: zlej murawie w Poznaniu, ponad dwumiesięcznej przerwie, braku czucia gry, licznych kontuzjach, a w ogóle to gdyby lepiej płacili...

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.