Polskie kluby sprzedają lepiej, niż wskazuje na to nasze miejsce w hierarchii piłki klubowej. Za przynajmniej 10 mln euro odeszli już Jakub Moder, Kacper Kozłowski i Jakub Kamiński. Przebijamy szklany sufit szybciej niż Norwedzy, Szwedzi czy Rumuni, a punktem odniesienia dla ekstraklasy powinny być drużyny z czeskiej czołówki. Nasze rozgrywki pod względem eksportu piłkarzy można umieścić na 20. miejscu w Europie. Lech Poznań oraz Pogoń Szczecin modelowo pokazują, jak należy to robić. Zagłębie Lubin obrało słuszną ścieżkę, a Legia nie radzi sobie z wykorzystywaniem potencjału i wprowadzaniem młodzieży. Historia sprzedażowa ligi jest znacznie ciekawsza, niż sam jej poziom na Starym Kontynencie.
Polskie kluby lubią bić rekordy transferowe zimą. Brighton kupiło Kubę Modera za 11 mln euro w październiku 2020 roku, by w styczniu zaprosić go do rywalizacji o jedenastkę w Premier League. To chłopak z Drawska jako pierwszy w dziejach ekstraklasy został sprzedany za dwucyfrową kwotę w milionach euro. Rok później w jego ślady poszło dwóch kolejnych nastolatków: dopiero co ekscytowaliśmy się przenosinami 19-letniego Jakuba Kamińskiego do Wolfsburga za 10 mln euro i 18-letniego Kacpra Kozłowskiego do, swoją drogą coraz bardziej polskiego, Brighton za 11 mln euro. Coś, co kiedyś wydawało się mrzonką, powoli staje się rzeczywistością.
To o tyle ważne, że w końcu mamy udokumentowane success story i podkładkę, aby płacić więcej za polskich piłkarzy. Skoro Anglicy z dumą śpiewają, że Tony Bloom pojechał do Europy i przywiózł Modera w starej Skodzie, to będą chcieli więcej takich ruchów. Więcej transferów Skodą, jak z Kozłowskim. Klub z AMEX Stadium w historii wyłożył więcej na dziesięciu innych graczy, jak Marca Cucurellę, Yvesa Bissoumę czy Neala Maupay'a, więc takie wydatki nie stanowią dla nich aż tak gigantycznego ryzyka. Wcześniej trudno było żądać dwucyfrowych kwot, bo Polacy nigdy za takie sumy nie sprzedawali. Nie mieli punktu odniesienia ani wyceny właściwej dla największych talentów ligi. Musiały minąć trzy lata, aby 6 mln zapłacone przez Southampton za Jana Bednarka niemal się podwoiło.
Kluczowy był rosnący rynek, obroty coraz większymi kwotami, a także historia sukcesu. Bo gdyby Jakub Moder tak szybko nie wskoczył do jedenastki Grahama Pottera, Brighton nie płaciłoby tak chętnie za Kozłowskiego. Gdyby Bartosz Białek czy Jakub Błaszczykowski nie pokazali się z takiej strony w Wolfsburgu, pewnie nie byłoby tak drogiej sprzedaży Kamińskiego. To klocki, które w pewien sposób się łączą.
CZESI NASZYM PUNKTEM ODNIESIENIA
Nie jest powiedziane, że teraz ekstraklasa co zimę będzie handlować zawodnikami za 10 mln euro, lecz przekroczenie magicznej bariery zmienia pozycję negocjacyjną. Teraz tyle będzie można wołać za nastolatków, z reprezentacyjnym CV, błyszczących na tle całej ligi i z europejskim potencjałem. W rankingu lig UEFA ekstraklasa zajmuje dopiero 28. pozycję, ale potrafi sprzedawać znacznie lepiej niż jej „sąsiedzi”. Posiłkując się danymi z portalu Transfermarkt, sprawdziliśmy, jak często poszczególne rozgrywki posyłały swoje gwiazdy w świat za kwotę przynajmniej 10 mln. Nie jest to wyrocznia ani prawda objawiona o cenach, nie zawsze uwzględnia bonusy czy skomplikowanie skonstruowane kontrakty, ale w świecie ukrywania kwot, wpisywania wielkich premii dla menedżerów czy pośredników, jest to najlepszy materiał poglądowy, aby wziąć pod lupę pozostałe ligi.
Ekstraklasa może pochwalić się 3 sprzedażami za dwucyfrową kwotę w milionach euro. Co dość oczywiste, nie mamy podjazdu do ligi rosyjskiej (34 takie przypadki), belgijskiej (33), ukraińskiej (22), austriackiej (19), tureckiej (18) czy szkockiej (15). Ich czołówka gra finansowo w innych realiach, a europejskie top15 to po prostu odległy świat. Grecy czy Chorwaci mają po 12 takich sprzedaży, więc również operują na znacznie lepszej renomie.
Spójrzmy na Duńczyków, którzy magiczną barierę przekroczyli jak na razie 6 razy: sprzedając Kamaldeena Sulemanę za 15 do Rennes, Mohameda Daramy'ego za 12 do Ajaksu, Denisa Vavro za 10,5 do Lazio, Franka Onyekę za 10 do Brentfordu, Roberta Skova za 10 do Hoffenheim oraz Jensa Cajuste za 10 do Reims. Duńskie Superligaen też działa w innej rzeczywistości, bo o ile u nas za 7 mln euro został sprzedany jeszcze tylko Radosław Majecki do Monaco, tak oni takich przypadków mają aż 12 więcej. My na razie przebiliśmy szklany sufit, oni regularnie przy nim działają.

Znacznie bliżej naszej rzeczywistości są sąsiedzi Czesi (4), którzy z Fortuna Ligi za 10 mln sprzedali Soucka, Rosicky'ego, Krala oraz Stanciu. Jeśli mowa o odejściach za 7-10 mln euro, naliczą dwa takie ruchy. Natomiast ich historia sprzedażowa jest nieco lepsza, jeśli chodzi o niższe kwoty i regularność eksportu czeskich piłkarzy. Niemniej to dla nas najbliższy przykład, do którego możemy dążyć i jaki powinniśmy gonić. Nie tylko geograficznie, lecz również w kwestii sportowej. Jeśli weźmiemy pod uwagę sprzedaże za 5 mln euro, Czesi mają takich 14, my zaś 11. Ich 25. najdroższy transfer z klubu to Marek Suchy do Spartaka za 3,8 mln euro. U nas Szymon Żurkowski za 3,7 mln euro do Fiorentiny. Jeśli z kimś równać się w przyszłości to z Fortuna Ligą reprezentowaną głównie przez Spartę oraz Slavię Praga.
LEPIEJ NIŻ NORWEDZY, SZWEDZI I RUMUNI
Tylko pod względem dwucyfrowej bariery sprzedajemy jak 20. federacja Starego Kontynentu. Cypryjczycy posyłali w świat Lukę Jovicia i Rolanda Sallaia, ale żadnego za 10 mln euro. Norwegia (1) w starych czasach zyskała na walce Manchesteru United oraz Chelsea o Johna Obiego Mikela, poza tym Johna Carew i Erlinga Haalanda oddawali za około 8 mln. Zarówno sprzedaże za 5 mln, jak i liczebność mniejszych ruchów sprawiają, że możemy się pozycjonować w historii eksportowej ponad Eliteserien, czyli 21. lidze wg współczynniku UEFA.
Izrael, Bułgaria czy Szwecja ani razu nie sprzedały jeszcze za tyle, za ile odchodzi Kuba Kamiński. Pewnie to kwestia czasu, ale Allsvenskan nie udało się to przy odejściu Alexandara Isaka do Borussii Dortmund ani Zlatana Ibrahimovicia do Ajaksu. Dla porównania mają jednak znacznie więcej transferów rzędu przynajmniej 3 mln euro niż Norwedzy (35 do 25).
Rankingi pucharowe wskazują, że ponad nami są jeszcze ligi rumuńskie (1), azerska (0) i węgierska (0). Bańka została przebita tylko, gdy Parma za 13 mln brała Dennisa Mana z FCSB prowadzonego przez Gigiego Becaliego. Blisko byli jednak Nicolae Stanciu (9,7 mln) odchodzący do Anderlechtu, Vlad Chiriches do Tottenhamu (9,5) czy Valentin Mihaila (9,1) znów do Parmy. Universitatea Krajowa i FCSB akurat mogą stanowić przykład, jak powinno się sprzedawać. 5 razy przekroczyli barierę 7 mln euro, a 14-krotnie granicę 5 mln euro.
Co do pozostałych krajów, rekordem eksportowym Bułgarów jest Jonathan Cafú (7,5 mln euro), Węgrów Muhamed Bešić (4,8 mln euro), Kazachów Patrick Twumasi (3 mln euro), Słowaków Andraž Šporar (6 mln euro), Słoweńców Ezekiel Henty (5 mln euro), Białorusinów Witalij Kutuzau (3,5 mln euro), Mołdawian Cyrille Bayala (1,65 mln euro), a Azerów Dino Ndlovu (650 tys. euro).
Przegląd historii transferowej prowadzi nas do wniosków, że ekstraklasa sprzedaje jak 20. liga Europy, chociaż w rankingu pucharowym jest dopiero na 28. pozycji (i tak po letnim awansie z trzeciej dziesiątki). Można byłoby się czarować, że lepiej wykorzystujemy potencjał sprzedażowy, potrafimy lepiej wychowywać i promować, niż wskazuje na to europejska hierarchia. W rzeczywistości to jednak prędzej świadczy o bardzo skutecznej pracy polskich agentów. I zarazem o zmarnowaniu potencjału piłkarskiego w kraju nad Wisłą. Nie sprzedamy lepiej, niż powinniśmy, tylko gramy gorzej, niż byśmy mogli. Tu przechodzimy do tego, jak inwestowane są zarobione pieniądze i jak budowane projekty sportowe.
Nagle świat nie otworzył oczu na ekstraklasę, bo wszyscy zaczynają sprzedawać za coraz atrakcyjniejsze kwoty. Ukrainiec Witalij Mykołenko kosztował Everton 23,5 mln euro, za Amerykanina Ricardo Pepiego Augsburg wyłożył ponad 16 mln, a 22-letni Jens Cajuste zapowiedział lepsze czasy dla FC Midtjylland, gdy Duńczycy sprzedali go do Stade Reims za 10 mln. Niewątpliwie jednak odejścia Kozłowskiego i Kamińskiego udowadniają, że liga polska może być pomostem do wielkiego futbolu.
LECH JAKO WZOROWY PRODUCENT
Co by nie mówić o osądach Zbigniewa Bońka, zwrócił uwagę na ważny problem polskiej piłki: „Kolejny wielki transfer z ESA. Niby trzeba się cieszyć i gratulować, ale za chwile to już Liga Konferencji będzie mrzonką”. Można snuć opowieści o projektowaniu kariery, zbieraniu doświadczenia, spokojnych krokach, ale młodzież w ekstraklasie pali się do wyjazdu przy pierwszej lepszej okazji. I nawet jeśli czasem uda się ją przetrzymać pół roku dłużej, myślami jest już zagranicą. Tam, gdzie koledzy, których spotykają na zgrupowaniach. „Nie lubię systematyczności i tego, że ciągle robisz to samo. Co chwilę wychodzisz grać na przykład z Górnikiem Łęczna” – mówił szczerze nastoletni Kacper Kozłowski, aktualnie wypożyczony do belgijskiego Union Saint Gilloise.
I to jest notoryczny problem polskiego futbolu, czyli regularny spadek jakości. Jeśli Kamil Jóźwiak i Robert Gumny pomogą dostać się do pucharów, w samej Lidze Europy już nie zagrają. Podobnie z Josipem Juranoviciem czy Pawłem Wszołkiem – postawią kluczowe kroki przy mistrzostwie, lecz nie odbiorą nagrody w postaci fazy grupowej. Identycznie już teraz Lech i Pogoń muszą myśleć nad tym, jak zastąpić sprzedanych nastoletnich liderów. W Szczecinie słabą rundę może naprawić Maciej Żurawski, minuty zbierać Kacper Smoliński albo więcej szans dostanie Maciej Łęgowski z przeszłością w Valencii. W Poznaniu problem odłożą do końca sezonu, bo Kamiński zostaje pomóc w wygraniu dubletu, lecz Michał Skóraś za pół roku nie będzie już młodzieżowcem. Następne rozgrywki rozpoczną z zupełną zmianą koncepcji, a najpewniej od razu będą grać o puchary. I zarazem będą zmuszeni do stawiania na młodego w lidze. Nie wygląda na to, by przełamać miał się Filip Marchwiński. Może ktoś zaufa bardziej nastoletniemu Antoniemu Kozubalowi, ale rozgrywający młodzieżowiec w drużynie o takich aspiracjach to rzadkość. Przy Bułgarskiej będą musieli kombinować.
Niemniej to właśnie w Poznaniu i Szczecinie pokazują, jak można w naszych warunkach zdrowo funkcjonować. Poprzez akademię i promocję młodzieży. Jakkolwiek źle to nie zabrzmi, linia produkcyjna utrzymuje dyspozycję. Wyobraźmy sobie, że w ostatniej dekadzie Kolejorz na transferach wypracował około 47,5 mln euro. Rzecz jasna część oddał w ramach solidarity i procentów dla pierwszych klubów, część dla menedżerów, część na akademię, transfery i dalsze funkcjonowanie. Jednak jest to liczba imponująca.
Pogoń budżetowo też cały czas idzie w górę. Wcześniej tylko Lech i Legia obracały takimi pieniędzmi. Po rekordowej sprzedaży Kozłowskiego sięgnęli po rekordowe następstwo 22-letniego Ormianina Wahana Biczachcziana z perspektywami na kolejną sprzedaż. Ale nie ma w tym przypadku, skoro przez najmłodszym uczestnikiem Euro sprzedali też Sebastiana Walukiewicza, Adama Buksę, Adriana Benedyczaka czy Jakuba Piotrowskiego. To jest najzdrowszy kierunek, jaki polskie kluby mogą obrać, szukając balansu między promocją i zarobkiem a utrzymaniem poziomu projektu sportowego.
BRAK TALENTÓW NA HORYZONCIE
Chociaż ekstraklasa przeżywa rekordowe zimowe okno transferowe, nie można zakładać, że o powtarzalność będzie tak łatwo. Pamiętajmy, że zarówno Wolfsburg, jak i Brighton bardziej zapłaciły za potencjał nastolatków, niż ich dzisiejsze umiejętności. Jednak to Kamiński i Kozłowski byli gwiazdami ligi i zdecydowanie jej najlepszymi młodzieżowcami. Jesień na poziomie nastolatków można było skwitować tą dwójką, a później długo, długo nic.
20-letni Mateusz Żukowski z Lechii nie odejdzie nawet za 1/3 tej kwoty, co bohaterowie materiału. 21-letni Łukasz Poręba z Zagłębia Lubin też nie jest wart tyle ani nie ma aż takiego potencjału. Nawet jeśli to była wspaniała jesień Maksymiliana Sitka, Krzysztofa Kubicy czy Filipa Majchrowicza, również mówimy o pieniądzach zupełnie innego kalibru. Na horyzoncie nie ma piłkarzy tak młodych, powoływanych lub ocierających się o reprezentację, o tak wielkim statusie wśród europejskich łowców talentów. Prędzej uświadczymy przypadki szybkich wyjazdów jak u 17-letniego Kacpra Urbańskiego z Bolognii czy 18-letniego Aleksandra Buksy z Genoi, niż powtórki z takiej zimy. Najważniejsze jednak, że jeśli ekstraklasie trafi się kolejna perełka, o której zacznie rozmawiać Europa, nie będzie trzeba żądać za nią 3 milionów euro, tylko podać przykłady Modera, Kozłowskiego albo Kamińskiego. Takie ruchy podnoszą pozycję negocjacyjną klubów, ale też całej ekstraklasy.