Margaret i Jakub Gierszał w „Zadrze”, filmie o początkującej raperce. My już go widzieliśmy (RECENZJA)

zadra.jpg
fot. archiwum dystrybutora

W tej prostej historii o hartowaniu ducha przed mikrofonem nie ma cienia cringe'u – biorąc pod uwagę, jak często polscy twórcy zderzali się z obcym im światem hip-hopu, to już jest sukces. Pytanie tylko, czy ta prosta historia nie jest... zbyt prosta.

Może gdyby Zadrę kręcono dekadę temu, głównym bohaterem byłby chłopak. Ale tu na pierwszym planie jest rapująca dziewczyna, co wzmacnia fabularny budulec opowieści – nie jest ona tylko o tym, jak wydostać się z blokowej rzeczywistości, ale i o próbie przebicia się w gatunku zdominowanym przez tryskających testosteronem mężczyzn. Jakby szukać porównań z kinem zagranicznym, to od razu przychodzi do głowy netfliksowa 40-letnia raperka Radhy Blank. Tu też mamy dziewczynę z innego świata, bo bloki są w Zadrze tylko sztafażem; tytułowej bohaterce bliżej do koleżanki z biblioteki aniżeli polskiej wersji Cardi B. Ma jednak to flow i tę zdolność w układaniu chwytliwych punchy, które sprawiają, że uwagę zwraca na nią Motyl, krajowa gwiazda rapu. I proponuje Zadrze zostanie jego hypemanką.

1536-1024.jpg
fot. archiwum dystrybutora

Fabularny debiut ledwie 29-letniego Grzegorza Mołdy to bardziej kino społeczne w duchu Kena Loacha niż opowieść o rapsach. Zwykła dziewczyna, którą otoczenie uwięziło w codziennym, powtarzalnym kieracie.

Trochę szkoda, że scenarzystka Monika Powalisz, która dała się już poznać z konstruowania zaskakującej historii (jako współtwórczyni Belfra) poszła w aż taką pochwałę prostoty; inna sprawa, że nigdy nie dowiemy się, na ile było w tym jej intencji, a na ile sugestii producentów. W każdym razie największy problem tego filmu jest taki, że w niczym nie zaskakuje. Możemy spodziewać się, że jeśli pracująca jako kelnerka Zadra przypadkowo pobrudzi odzież odwiedzającemu jej lokal Motylowi, to za chwilę będzie już bujać się z nim na scenie, a jeszcze później ich burzliwa relacja zatrzęsie się przez używki. Że Zadra zadrze z własnym chłopakiem i najlepszą przyjaciółką, stawiając karierę ponad swoich ludzi. Że gdzieś tam z tyłu musi być ledwie wiążąca koniec z końcem rodzina. Niby wszystko pasuje, ale brakuje w tej historii czegoś ekstra, co odróżniałoby ją od innych rapowych fabuł, a przecież pretekstem byłoby choćby przepoczwarzenie się tytułowej bohaterki z hypemanki w regularną raperkę i zagarnięcie dla siebie części ze zdominowanego przez facetów rapu. Swoją drogą, czy to nie lekka inspiracja Young Leosią, na którą zresztą Zadra jest wystylizowana? Chociaż Motyl jest z kolei sobowtórem Tymka, więc prawdopodobnie było ciśnienie, żeby i jedno, i drugie wyglądało nowocześnie.

Z drugiej strony – gdzieś w Zadrze czuć ten sundance'owy wyznacznik mówienia o podstawowych emocjach w najprostszy z możliwych sposobów; taki, którym były sterowane choćby tegoroczne Piosenki o miłości. I nie chodzi tylko o to, że i tu, i tu bohaterkami były muzykujące kelnerki. To jest rodzaj myślenia o kinie jako tworzywie, które prowadzi widza od punktu A do punktu B, bez zbędnych ozdobników, jak najszybciej. Można było spektakularnie wyłożyć się na rapowej fabule, nie wiem, Zadra mogła na przykład uczyć swoją matkę (dobra Magdalena Różczka), jak witają się raperzy, albo jak akcentować słowo yo. Szczęśliwie na nic takiego tu nie trafimy. Bo fabularny debiut ledwie 29-letniego Grzegorza Mołdy to bardziej kino społeczne w duchu Kena Loacha niż opowieść o rapsach. Zwykła dziewczyna, którą otoczenie uwięziło w codziennym, powtarzalnym kieracie. Świat chciał, żeby skończyła jak jej matka, paląc papierosy w blokowej klitce po całym dniu harówy za małe pieniądze. Zadra chce skorzystać z okazji i wsiada w pociąg do innej rzeczywistości, nawet jeśli przy okazji popełni wszystkie błędy, które mogła popełnić.

z27944376IER,-Zadra----zdjecie-z-planu.jpg
fot. archiwum dystrybutora

Jeszcze raz – to jest naprawdę zwykły film o zwykłej dziewczynie, więc trzeba było tę zwykłość jakoś uwypuklić, co nie jest łatwe.

Jest to też produkcja dość kameralna, więc można uśmiechnąć się na sytuacje, w których koncerty Motyla, podobno najbardziej hype'owanego rapera w Polsce, okazują się wydarzeniami dla kilkudziesięciu osób. Na szczęście nie zawodzi warstwa muzyczna i tu trzeba pochwalić twórców, którzy oddali ją we właściwe ręce – za muzykę odpowiada lżejszy i bardziej przebojowy niż zazwyczaj 1988, natomiast teksty Zadry są autorstwa Żyta. Dość trudno za to ocenić rolę głównej bohaterki, bo z jednej strony wcielająca się w nią Magdalena Wieczorek wydaje się średnio emocjonalna, z drugiej – właśnie kimś takim miała być Zadra. Jeszcze raz – to jest naprawdę zwykły film o zwykłej dziewczynie, więc trzeba było tę zwykłość jakoś uwypuklić, co nie jest łatwe.

Jeśli spodziewacie się po Zadrze polskiej 8. Mili, to niestety, nie w tym odcinku. Już bliżej kinu Mołdy do netfliksowych Gwiazdeczek, gdzie też wiele mówiło się o tym, o czym rzekomo jest ten obraz (przypominamy – to była ta skandalizująca, francuska produkcja z twerkującymi dziewczynkami), by finalnie okazało się, że to o uwalnianiu własnej kobiecości. A nośny temat jest tylko punktem wyjścia. Tu nikt nie twerkuje, za to Zadra walczy mniej więcej o to samo, bo niełatwo jest być dziewczyną, która chce od życia czegoś więcej niż schemat, w jaki zostaje odgórnie wpasowana. Polska-Francja, ten sam ból.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję „Nevermind” w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.
Komentarze 0