Nieśmiertelna karuzela polskiej piłki. Błędne koło w odróżnianiu dobra od zła

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Legia Warszawa. Trening. 18.02.2021
Fot. Marcin Szymczyk/400mm.pl

Czymś, co niewątpliwie hamuje ligową rzeczywistość, są błędne oceny potencjału i możliwości na najwyższych szczeblach. Najlepiej widać to na przykładzie Legii Warszawa. Z Pawłem Wszołkiem grała w kotka i myszkę, targowała się o umowę, aż wypuściła piłkarza za darmo do Unionu Berlin. Po pół roku 29-latek wraca do klubu jako podstawowy piłkarz i zbawienie na pozycji prawego wahadłowego. Ściąga go dyrektor sportowy Jacek Zieliński, który jeszcze przed chwilą odpowiadał tylko za wypożyczonych, a po pięciu latach został uznany najbardziej kompetentną osobą na głowę całego projektu. Z kolei Legię spróbuje utrzymać w ekstraklasie Aleksandar Vuković – trener odsunięty ze stanowiska 16 miesięcy wcześniej. Polska piłka byłaby w innym miejscu, gdyby skuteczniej przychodziło jej ocenianie, kto naprawdę się nadaje, a kto nie.

Zarządzanie Legią na płaszczyźnie sportowej momentami przypomina zabawę w ruletkę albo inną pseudolosową grę. Dariusz Mioduski odważnie rzuca tezy i pomysły, z których zwykle po niezbyt długim czasie się wycofuje. Wybory kolejnych szkoleniowców dotąd wyglądały na skakanie od ściany do ściany, niczym ślepe strzały do czasu, aż ktoś w końcu wypali. Wydaje się jednak, że dzisiaj dla polskiej piłki bardziej zbawienna byłaby cierpliwość, niż dodatkowe pieniądze. Bo mnóstwo środków dałoby się zaoszczędzić, gdyby od razu potrafiono zdiagnozować właściwe kompetencje i przeznaczenie pracowników, a także potencjał i przydatność piłkarzy.

Skupimy się na ostatnich przypadkach warszawskiego klubu, ale to nie jest problem dotyczący jedynie Dariusza Mioduskiego, a generalnego spojrzenia na zarządzanie polskimi klubami. Zbyt często ci, którzy byli przedstawiani jako bohaterowie i wzór do naśladowania, w ledwie kilka miesięcy stawali się ofiarami i mieli ścinane głowy. Tak jak Piotr Tworek w Warcie Poznań, tak jak Czesław Michniewicz w Legii czy nawet Ireneusz Mamrot po powrocie do Jagiellonii. To dzisiaj sygnał ostrzegawczy choćby dla Radomiaka, jednego z najlepszych beniaminków Europy, aby cieszyć się chwilą i doceniać ją, bo druga tak wspaniała runda graniczy z cudem.

Polska piłka lubi kręcić się w kółko. I ma zasadniczy problem z oceną tego, w co warto inwestować, a co lepiej odpuścić. Paweł Wszołek dopiero co żegnał się z Łazienkowską, a po siedmiu miesiącach wraca do Warszawy z perspektywami na jednego z najważniejszych piłkarzy drużyny. Dało się tego uniknąć, gdyby rozmowy ze skrzydłowym były konkretniejsze. Jego umowa wygasała w czerwcu minionego roku, ale Legia nie doprowadziła do jej przedłużenia. Wszołek spotykał się z ówczesnym dyrektorem sportowym Radosławem Kucharskim, panowie podawali już sobie ręce, wszystko wskazywało na pomyślne rozmowy, a jednak – finalizacji zabrakło.

Wszołek, jak każdy piłkarz, chciał wiedzieć, na czym stoi. Najpierw nie widział chęci, aby zasiąść do rozmów, później nie dostał konkretów na papierze, aż po czasie sam się rozmyślił i to on zaczął szachować Legię. Można to nazwać grą w kotka i myszkę, bo raz jedna strona zwlekała z odpowiedziami, a później druga. Emocje tylko podsycały przecieki do mediów. Na końcu to Wszołek się rozmyślił i skorzystał z propozycji Unionu Berlin, gdzie nawet nie jeździł na mecze Bundesligi, a przez pół roku rozegrał tylko 17 minut w Pucharze Niemiec. Gdyby Legia szybciej zamknęła temat przedłużenia umowy, pewnie ani 29-latek nie zostałby skazany na siedzienie na trybunach, ani warszawska drużyna nie cierpiałaby na takie problemy na prawym skrzydle.

To Legia miała najlepszą prawą stronę całej ligi: króla asyst Josipa Juranovicia, Pawła Wszołka z reprezentacyjnym doświadczeniem i Marko Vesovicia. O tym, jak źle zarządzana była kadra, niech świadczy, że w ciągu kilku miesięcy została z wołaniem o pomoc na tej pozycji. Jak mówi sam trener Aleksandar Vuković: prawe wahadło to priorytet, bo Matias Johansson jest piłkarzem zbyt defensywnym, a Lirim Kastrati – skądinąd duży przegrany obozu w Dubaju – zbyt ofensywnym. Paweł Wszołek odchodził wkurzony swoją sytuacją. Jak mówił w Kickerze: „Nie chodziło o sprawy związane z piłką. Do marca grałem regularnie, miałem liczby i nagle przestałem. Mój kontrakt wygasał, więc każdy może się domyślić, czy chodziło jedynie o sprawy taktyczne”.

>> Przeczytaj obserwacje z obozu przygotowawczego Legii w Dubaju. Jak wygląda forma piłkarzy <<

Rękami Radosława Kucharskiego Legia przegrała sprawę z Wszołkiem, by po siedmiu miesiącach ściągać go na wypożyczenie jako wybawienie na prawym wahadle. Jeśli nie 29-latek, Vuković prawdopodobnie byłby skazany na granie tam 18-letnim Kubą Kwiatkowskim, 20-letnim Kacprem Skibickim albo zbyt zachowawczym 29-letnim Johanssonem. Z dużym prawdopodobieństwem wahadłowy Unionu Berlin przychodzi na półroczne wypożyczenie, aby pełnić czołową rolę u Vukovicia. U Serba miał 8 goli i 9 asyst w 30 występach, czyli był piątym najlepszym strzelcem i czwartym asystentem za jego pierwszej kadencji.

Klub ze strefy spadkowej zaoszczędziłby wiele pieniędzy i problemów, gdyby szybciej potrafił diagnozować przydatność konkretnych jednostek. Niedorzeczne jest wypuszczanie za darmo Pawła Wszołka, by po pół roku ściągać go potencjalnie jako piłkarza wyjściowej jedenastki. Skoro ma na to odpowiednie umiejętności i i może pełnić czołową rolę, to Legia powinna zatrzymać go za wszelką cenę. Inaczej robi krok w tył, by po siedmiu miesiącach przyznać się do błędu.

Ale czego spodziewać się po drużynie, w której za cały projekt sportowy od miesiąca odpowiada Jacek Zieliński, do niedawna pilotujący głównie wypożyczenia i drogę rozwoju młodych graczy. Dopóki Dariusz Mioduski faktycznie nie odsunął się od odpowiedzialności za pion sportowy i nie oddał Zielińskiemu pełni władzy, ten nie miał aż takiej roli i decyzyjności przy Łazienkowskiej. Wręcz nosił się z odejściem, bo jego pozycja nie odpowiadała ambicjom i poczuciu własnej wartości. „Czekałem, aby zobaczyć ten żar i błysk w oczach Jacka, aby zrozumieć, że jest gotowy do roli dyrektora sportowego” – mówił nam Dariusz Mioduski w Dubaju.

Niemniej Jacek Zieliński ponowną pracę w Legii rozpoczął w lutym 2017 roku, gdy wziął odpowiedzialność za skauting młodzieżowy. Od tamtej pory minęło pięć lat, aby przy Łazienkowskiej uznano, że tak jak w Wigrach Suwałki może pełnić funkcję dyrektora sportowego. Przed chwilą pełnił jednak funkcję pod hasłem „szef rozwoju karier indywidualnych i wypożyczeń”, by w czasach największego kryzysu dostać pełnię władzy oraz autonomii na najważniejszym stanowisku projektu.

>> Przeczytaj wywiadem z Aleksandarem Vukoviciem: „Trenerzy różnią się tylko datą zwolnienia” <<

Warszawianie rozpoczną wiosnę jako przedostatnia drużyna ekstraklasy, a misja utrzymania została powierzona Aleksandrowi Vukoviciowi. Trenerowi, który został zwolniony we wrześniu 2020 roku w kontrowersyjnych okolicznościach. Wtedy po klęsce z Omonią Nikozja i czterech kolejkach został uznany hamulcowym projektu i menedżerem o zbyt wielu ograniczeniach, dzisiaj jest chwilową nadzieją na lepsze jutro Legii i najwłaściwszym człowiekiem, aby odbudować dobrego ducha w pogrążonej mentalnie szatni. W tym samym czasie kiedy on sprząta w gruzach, Jacek Zieliński poszukuje menedżera na długofalowy projekt. Na finiszu własnej selekcji ma dwóch kandydatów, przy których trudno mu zdecydować, na kogo postawić. I z tego, co można usłyszeć, nie ma wśród nich Aco Vukovicia. Sama narracja trenera z kontraktem do czerwca też raczej nie pozwala uwierzyć, że widzi siebie przy Łazienkowskiej dłużej niż do czerwca.

Niby tylko krowa nie zmienia zdania, niby nigdy nie jest za późno, aby przyznać się do błędu i uczyć na własnych pomyłkach, ale to Legia jest najlepszym przykładem błędnego koła, w jakim obraca się polska piłka. Nawet jeśli na dzisiaj wydaje się, że nie ma lepszego duetu na trudne czasy od Vuković & Zieliński, aby w Warszawie nie doszło do tragedii, to przecież kolejne zmiany są w drodze. Stary-nowy trener będzie ratował ekstraklasę, w tym czasie dyrektor sportowy ogłosi nowego menedżera, który najpewniej od lata zacznie budować wszystko na nowo i po swojemu. I tak karuzela będzie się kręciła. Albo ktoś jest klasowym piłkarzem i menedżerem, albo nie jest. Albo warto w niego inwestować latami, albo lepiej dać sobie spokój na samym początku. Skoro w zależności od miesiąca tak drastycznie zmieniają się oceny, to problem raczej leży w oceniających, niż ocenianych.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.