Skrobanie po dnie beczki ze znanymi franczyzami trwa w najlepsze. Ile lat tkwimy w ciemnych wiekach rebootów, sequeli, prequeli i spinoffów – trudno zliczyć. Kiedy usłyszałem, że czeka nas kolejny Predator, przewróciłem oczami.
Poza Predators ta seria nie miała szczęścia do sequeli; z katastrofą zwaną The Predator z 2018 roku na czele. Ale Prey (warto docenić sprytne odwrócenie tytułu) to pozytywna niespodzianka. Sprawnie czerpiąca z predatorowej mitologii, a do tego dorzucająca sporo własnego charakteru. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy widziałem za dużo kiepskich filmów akcji, wykorzystujących znane marki. Od Uncharted po King’s Man: Pierwsza misja, nie zapominając o Morbiusie, który nadał się wyłącznie do memowania – i wszystkie miały te same minusy. Były zbyt skomplikowane tam, gdzie nie trzeba; zbyt proste, kiedy trzeba było się postarać. Prey skutecznie operuje bazowymi zabiegami, a to jest coś, o czym spora część współczesnego kina akcji zapomniała.
Predator to ciekawy przypadek. Z jednej strony wpisuje się w trendy kina sensacyjnego lat 80. XX wieku. Ba – jest jego ikoną. Nie tylko z uwagi na Arniego w roli głównej, ale także przez maczystowską energię i sposób kręcenia scen akcji. Z drugiej – to nie do końca historia o bohaterskich facetach, którzy mięśniami i bezczelnymi odzywkami pokonują przeciwności losu, zagryzając w międzyczasie nabojami surowe mięcho.
Oczywiście, w Predatorze są i i mięśnie, i odzywki (jedna z nich, naprawdę kultowa: if it bleeds, we can kill it – powraca zresztą w Prey i zasługuje na ponowne użycie), ale ostatecznie ekipa twardzieli jest rozniesiona przez łowcę z kosmosu, a Arnie musi użyć głowy i sprytu, żeby go pokonać. Pod tym względem Prey jest bardzo podobnym filmem.
Znowu ekipa twardzieli rusza na polowanie; ponownie pycha zostaje ukarana. Różnica jest nie tylko w czasie i miejscu akcji: amerykańskie prerie XVIII wieku zastępują południowoameryką dżunglę. Poza tym – w pierwszym Predatorze od razu widzieliśmy, kto rozprawi się z obcym. Arnie od początku jest badassem, ale dostaje lekcję, że spryt potrafi być równie skutecznym, o ile nie skuteczniejszym, rozwiązaniem od brutalnej siły. Naru, główna bohaterka, nie rzuca się w oczy jako naczelna wojowniczka swojego plemienia. Co więcej – na początku odmawia się jej wzięcia udziału w rytuale przejścia (polowanie na kogoś, kto poluje na nią); nawet Predator nie widzi w niej zagrożenia. Naru uczy się przez cały film, poznaje strategie, stara się zrozumieć przeciwnika, żeby na koniec triumfalnie przekuć to w skuteczny plan. Pokonuje galaktycznego łowcę w jego własnej grze; rytuał przejścia jest udany, wioska świętuje.
Prey nie wstrząsa posadami filmowych realiów. To w żadnym przypadku przełom na miarę Johna Wicka. Ale jeśli zastanowimy się nad tym, co stanowi o sile kina akcji, nietrudno zauważyć, że podstawy realizuje w nad wyraz satysfakcjonujący sposób. Wszystkie rozwiązania są tutaj zasłużone, motywacje czytelne, a sceny akcji efektowne i sprawne. Jasne – można mieć słuszne pretensje o jakość komputerowych efektów specjalnych, ale to już kwestia niezbyt dużego budżetu. Zresztą, jeśli ceną za uniknięcie dręczenia zwierząt na planie, jest koślawo animowany niedźwiedź, to nie mam z tym żadnego problemu.
Film trafił na streamingi, gdzie ma szansę odnieść sukces; obawiam się, że w warunkach kinowych nie poradziłby sobie tak dobrze. Prey jest tytułem zaskakująco nieszablonowym, jak na entą część serii, która zaczęła się jeszcze w czasach, kiedy istniał Związek Radziecki.
Tempo jest rozsądne i cierpliwe, czas trwania to nie haniebne dwie i pół godziny (jak w nowym, nudnym Jurassic World), a zwarte sto minut. Mimo znajomej historii – ludzie kontra łowca z gwiazd w otoczeniu natury – dodaje sporo od siebie. Komancze są pokazani z uczciwością i szacunkiem do ich kultury, pojawia się nawet krytyka kolonializmu (scena rzeźni na francuskich traperach jest po prostu wyborna). Francuzi, Naru i reszta plemienia Komanczów nie mają żadnych szans w konwencjonalnym starciu z obcym. Nie dysponują zaawansowaną technologią, są słabsi fizycznie, przez długi czas nie rozumieją, z czym się mierzą. Dopiero wiele martwych ciał i kilka groźnych starć dalej, Naru potrafi wymyślić kontratak. A finał jest jednym z najbardziej satysfakcjonujących w kinie akcji ostatnich lat.
Predator jest przeciwnikiem, który może zainspirować wiele różnych historii. Bardzo podobało mi się to, co zrobiono w Predators. Planeta łowców, którzy polują na najgroźniejszych wojowników z różnych epok, to może i kiczowaty, ale naprawdę skuteczny zabieg na wykorzystanie charakteru tych przerażających obcych. Z kolei Prey sięga po sprawdzony, choć według mnie zbyt mało wykorzystywany, motyw dysproporcji wiedzy i technologii między ludzkością z zamierzchłej przeszłości, a przybyszami z kosmosu. Rdzenni Amerykanie kontra kosmita-myśliwy, odziany w kamuflaż i uzbrojony w zaawansowane narzędzia to pomysł efektowny i grożący kraksą. Na szczęście reżyser Dan Trachtenberg (kapitalne 10 Cloverfield Lane) i ekipa podeszli do niego z wyczuciem.
Oczywiście, przez to, że główną bohaterką jest kobieta, do tego o innym niż biały kolorze skóry, piwniczni wojownicy klawiatury dostali spazmów. Zarzuty o brak realizmu (w filmie, gdzie ziomek z kosmosu biega w czapce niewidce) pominę gromkim śmiechem, ale szczególnie rzuciły się w oczy opinie, które wynikają z niezrozumienia pierwszego filmu z serii. Predator nie jest pochwałą maczyzmu i toksycznej męskości; nie jest też jej dekonstrukcją (mimo kilku celnych uderzeń, Prey też nią nie jest). Natomiast film pokazuje, że czasami lepiej użyć głowy, a w starciu z nieznanym przydaje się pokora. I to jest najmocniejsza strona serii i największy narracyjny potencjał Predatora jako wroga. Ten bydlak jest tak potężny, że nawet srogi skurczybyk Arnie musi imać się różnych kreatywnych rozwiązań. Podobnie jest z Naru i jej wojowniczymi kolegami z plemienia. Mogą z dumą polować na górskiego lwa i stawać bez strachu do pojedynku z niedźwiedziem, ale koleżka, który przybył na statku kosmicznym to zupełnie inna bajka. Jeśli ktoś krzyczy, że Naru jest żałosną girlbossiarą albo oskarża film feministyczną propagandę, to nie mam pytań. Oglądanie kogoś, kto uczy się na błędach i konstruuje przemyślne strategie, które mają wyrównać przepaść w sile i zasobach, jest tysiąc razy ciekawsze od seansu z człowiekiem-armią, który kosi przeciwników jak zboże.
Prey to rewelacyjne kino akcji, zrobione z wyczuciem tematu i rozpoznaniem potencjału. A to wszystko na gruncie serii, która już dawno utraciła kulturalne znaczenie, była za to często skarbonką dla niekompetentnych filmowców (patrz: Alien vs. Predator i jego sequel). Prey to godny następca pierwszego Predatora i sygnał, że nawet w najbardziej cynicznych zakątkach Hollywood wciąż da się zrobić coś dobrego.
