Ryba psuje się od głowy. Legia winnych powinna zacząć szukać nie tylko na boisku (KOMENTARZ)

Zobacz również:CENTROSTRZAŁ #3. Odwaga pionierów. O nieoczywistych kierunkach transferowych
Pilka nozna. PKO Ekstraklasa. Legia Warszawa - Pogon Szczecin. 19.07.2020
FOT. PIOTR KUCZA/ 400mm.pl

Bardzo alarmujące są słowa trenera Marka Gołębiewskiego, który uważa, że jako trener zrobił wszystko, co się dało, a dalej o rozwiązania należy pytać zarząd. Być może zrzuci tym na siebie topór, ale jednoznacznie wskazuje, aby odpowiedzi szukać na najwyższych szczeblach. W przedostatniej Legii atmosfera jest grobowa. Żaden klub nie może jednak funkcjonować zdrowo ani myśleć o rozwoju, kiedy najważniejsze osoby projektu nie patrzą w tym samym kierunku. Fundamentem zdrowej organizacji są struktury, a ostatnie lata pokazują, że tam nadal jest mnóstwo pracy do wykonania.

Dzisiaj Legia jest zagrzebana w największym kryzysie ostatnich lat i powoli może spisywać sezon na straty. Mistrz Polski, który na pewno ustąpi tego tytułu, z ostatnich dziesięciu meczów wygrał tylko dwa – z Leicester oraz Świtem Skolwin, co pokazuje skalę absurdu przy Łazienkowskiej. Pozostałe osiem spotkań przegrał, jakby był skazany na porażki. Niezależnie, jak słaby nie był rywal, Legia obrywała. Bo jej problemy dotyczą tego, co dzieje się w środku, a nie na zewnątrz. Stąd trwonienie przewagi ze Stalą Mielec i taka niestabilność na polu sportowym.

Trudno znaleźć rozwiązanie, diagnozę czy odpowiedzi w kilku zdaniach, bo teraz mamy do czynienia z efektem kuli śniegowej. Narastającej frustracji wynikami, pożegnaniem Czesława Michniewicza, oskarżaniem piłkarzy o złe prowadzenie się, badaniem istnienia grupy bankietowej i wielu innych czynników, które położyły atmosferę. Wszystkie wyrzuty i problemy ostatnich miesięcy zaczęły się nawarstwiać.

Wymowne były słowa trenera Marka Gołębiewskiego: „Na szybko się nic nie da, bo nie zrobiliśmy nawet pół kroku do przodu. Potrzeba szeregu działań podjętych przez klub, zarząd, aby Legia wyszła z dołka. To już trzeba pytać zarządu. Zrobiłem wszystko, co może zrobić trener. Wraz ze sztabem chcieliśmy podbudować chłopaków mentalnie, zmieniliśmy ustawienie. Ze Stalą wpuściłem zawodników, których mogłem wpuścić, aby odmienili losy spotkania. Jak widzieliśmy – efektu nie było żadnego”. 41-latek dorzucił jeszcze: „Atmosfera w zespole jest grobowa. Chłopaki siedzą, w ogóle nie odzywają się w szatni. Atmosfera po takim meczu może być tylko taka. Jest tragicznie. W szatni jest po prostu cisza”.

Widać, że żaden efekt nowej miotły nie pomoże. Zawsze najłatwiej wymienia się trenera, ale Gołębiewski na 4 mecze wygrał tylko z czwartoligowym Świtem Skolwin. To nie jest kwestia samego prowadzenia piłkarzy, bo Legia ma tak dobrych graczy, że mogliby wygrywać mecze sami indywidualnymi umiejętnościami – bez specjalnych porad i pomysłów trenerskich. A już tym bardziej z rywalami pokroju Stali Mielec.

Moim zdaniem małych sygnałów nigdy nie wolno ignorować. Wszystko powoli zaczęło się psuć już latem, gdy trener Michniewicz walczył o transfery z zarządem. Dużo było ostrzeżeń, małych tąpnięć, pozornie niegroźnych, ale pokazujących błędy we współpracy. Pamiętam, jak bramkarz Mateusz Kochalski został ściągnięty z wypożyczenia z Radomiaka, aby po chwili ponownie oddać go do Radomia, tylko kiedy już stracił miejsce w bramce beniaminka. Wtedy Michniewicz był zdziwiony tym ruchem i opowiadał, że dopiero pozna tego chłopaka na treningu i zobaczy, jaki jest na niego plan. Jakby sam był zaskoczony.

I może chybię, ale takich momentów zdziwienia widziałem bardzo wiele. Słuchałem, jak Czesław Michniewicz łamie się poważną kontuzją Kapustki i prosi o bezpośrednie zastępstwo, czyli mobilnego, biegającego ofensywnego pomocnika. Dostał Josue, czyli gracza o potencjale, ale totalne zaprzeczenie tego profilu – stojanowa o ponadprzeciętnej technice. Ale to już obliguje do zupełnej zmiany stylu gry. Mógł trener opowiadać miesiącami, że marzy mu się zbudowanie wybieganej Legii grającej na wolne pole, po czym dostał zawodników o zupełnie innej charakterystyce. Piłkarzy powinien wybierać dyrektor sportowy, ale dobrze, gdyby z trenerem mieli wspólną wizję. Inaczej trudno mówić o sukcesie.

Takich różnic było wiele. Czesław Michniewicz narzekał na stan kadrowy już na początku przygotowań. Z góry słyszał, że powinien zająć się swoją robotą. Przeciąganie liny przecież było rozgrywane publicznie. W trakcie eliminacji prosił o piłkarzy gotowych do grania na już, głównie do środka pola. Dostał takich z zaległościami, którzy potrzebowali chwili, aby się odnaleźć. I nic, że na wahadło, bo mowa o Yurim Ribeiro. Gdy przyszedł Jurgen Celhaka, Michniewicz wprost opowiadał, że nie widział go na oczy i nie zobaczy przez kolejne dwa tygodnie z powodu przerwy na reprezentację. Wielu z nowych ściągniętych piłkarzy niekoniecznie mu pasowało. Z odejściami było podobnie, bo o transferze Juranovicia do Celtiku – dodajmy, że w trakcie decydującego dwumeczu – dowiedział się dzień przed meczem ze Slavią w Pradze.

Gdyby teraz spojrzeć na całe letnie okno transferowe, wygląda jakby trener Michniewicz miał swoje, a dyrektor sportowy Radosław Kucharski swoje. Rzecz jasna transfery nie są odpowiedzią na największy kryzys Legii od dawna, ale z pewnością są jedną z odpowiedzi, dlaczego mistrzowie Polski wykoleili się w taki sposób. Nie chodzi o samą jakość piłkarzy, bo ich CV może się podobać. Bardziej samą formę współpracy, moment ich ściągnięcia i kooperację na decydujących stanowiskach. Gdy każdy patrzy w innym kierunku, trudno myśleć o długofalowym sukcesie. Jak się okazuje, odpalenie karuzeli trenerskiej też niekoniecznie jest ratunkiem jak w poprzednich latach. Myśląc o nowym, potencjalnym szkoleniowcu Legii, trudno nawet poszukać jakiegoś kandydata, bo każdy poprzedni trener prezentował zupełnie inny styl. Nie widać tam jednej myśli. Bardziej poszukiwanie winnych na dole i ciągły twardy reset. A skoro trzeba co chwilę do niego wracać, to może odpowiedzi należy szukać bardziej na górze. W Legii w ostatnich latach nie ma kilku miesięcy spokoju, aby znowu nie dochodziło do panicznych momentów.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.