Rynek trenerski kiedyś wybuchnie. Romans Emery’ego z Newcastle sygnałem dla całej branży

Zobacz również:Najbardziej romantyczny beniaminek od czasów Newcastle Keegana. Czy Leeds zderzy się ze ścianą?
Villarreal CF v Manchester United - UEFA Europa League Final
Fot. Boris Streubel - UEFA/UEFA via Getty Images

Po miesiącu niespiesznego castingu trenerskiego Newcastle, od października klub o najbogatszych właścicielach w świecie futbolu, wybrało Unaia Emery’ego na człowieka mającego zapewnić ciągłość i utrzymanie Premier League na St James’ Park. To znak czasów, że przedostatnia drużyna ligi angielskiej dzwoni do uczestnika Ligi Mistrzów i chce wyjąć mu trenera w pełni sezonu. Saudyjczycy wykonali telefon do Emery’ego w niedzielę wieczorem, a już w sobotę miał prowadzić drużynę z Brighton. Sprawę miało załatwić wypłacenie niespełna 7 mln euro za jego kontrakt. Mniej niż latem kosztowali Arnaut Danjuma, Juan Foyth czy Boulaye Dia. Ostatecznie Bask odrzucił zaloty, ale daje do myślenia, jak niewiele może zachwiać całym projektem uczestnika Champions League. Na papierze – bardzo poważnego gracza.

Gdy jeszcze osiem lat temu Luis Suarez czarował w barwach Liverpoolu, klauzula El Pistolero wynosiła 40 milionów funtów, bo przecież słynną, wyśmiewaną później ofertę „40 mln plus jeden funt” złożyli właściciele Arsenalu. Bez skutku. Teraz żyjemy w czasach, gdy klauzule nastolatków Pedriego czy Ansu Fatiego wynoszą miliard euro. 1000 milionów euro. Może to przerysowane, ale kto wie, w jakim szalonym kierunku pójdzie piłka. Lepiej się zabezpieczać.

Zestawiając to z rynkiem trenerskim, szokuje że Newcastle mogłoby w pełni sezonu, w tygodniu gry o wyjście z grupy Ligi Mistrzów, namówić fachowca jednego z jej uczestników, aby zmienił pracę. I zapłacić za to niespełna 7 milionów euro. Wiadomo, że Villarreal od 20 lat bazuje na jednolitej filozofii, u jej fundamentów leży mądre zarządzanie rodziny Roigów czy szkolenie młodzieży na walenckiej prowincji, ale jednak to Unai Emery jest aktualnie głównym sterownikiem tego statku. Chociaż nie idzie mu w lidze, zdobył Ligę Europy i daje radę w Champions League. Miał obrać kierunek, aby wznieść Villarreal półkę wyżej.

A wszystkim mogło zachwiać 7 milionów euro. Więcej kosztował Boulaye Dia, dwa razy więcej Juan Foyth, ponad trzy razy więcej Arnaut Danjuma. To niewspółmierne, jak nisko wyceniani są menedżerowie, biorąc pod uwagę ich znaczenie we współczesnym futbolu. Dopiero co Diego Simeone, płacowy rekordzista, podkreślał: „Tacy jak ja czy Jurgen Klopp mają gigantyczny wpływ na przebieg meczu. Reagujemy na bieżąco, zaskakujemy, przewidujemy przyszłość”. Kiedy dochodzi do kryzysu w szatni, łatwiej wywalić trenera, niż pozbyć się 8 piłkarzy z listy płac, ale jednak to zaskakujące, jak łatwo wyjąć decydujący element układanki i mózg-operacji.

Wystarczyłoby, że Emery dałby się skusić Saudyjczykom. Czy to dla Villarrealu byłoby opłacalne i czy Unai spełnia wymagania, zostawiamy na inną opowieść. Anglicy rozpisywali się przez cały tydzień, że już w sobotę z Brighton Bask siada na ławce trenerskiej. Sprawia miała zostać załatwiona ekspresowo. Przecież nie pieniądze były problemem. Zadecydowały wątpliwości Emery'ego, który uciął ten romans. Przynajmniej tymczasowo. W niedzielę rozmawiał z Yasirem Al-Rumayyanem, saudyjskim gubernatorem funduszu publicznego. Później z Fernando Roigem, prezesem Villarrealu. Zdecydował pozostać być wiernym, bo narastały wątpliwości. Saudyjczycy może i mają wszystkie pieniądze świata, ale po pierwsze, czy zdołają się utrzymać, po drugie, czy przygotują w jeden sezon drużynę na Ligę Mistrzów. Nie miał przekonania co do natychmiastowych efektów, w pamięci kołatało good ebening i angielskie trudności z komunikacją, więc grzecznie podziękował.

Unai Emery odmówił, ale nie ukrywał tego zainteresowania przed mediami. Publicznie podziękował Newcastle. A nas niespecjalnie dziwi, że 19. drużyna Premier League dzwoni do hiszpańskiego uczestnika Ligi Mistrzów i w sześć dni chce mieć jego menedżera za sterami projektu. To tam – w bańce Premier League – gromadzi się trenerska śmietanka i trudno oprzeć się takim zaproszeniom. Antonio Conte, Pep Guardiola, Thomas Tuchel, Jürgen Klopp, Brendan Rodgers, Graham Potter, Marcelo Bielsa, Rafa Benitez i wielu innych – któż nie chciałby być jednym z nich.

Trenerski rynek transferowy i tak nabiera rumieńców. Nigdy w historii znaczenie szkoleniowca nie było tak wielkie jak teraz. Wygrywają całe mecze, stoją w pierwszym szeregu projektów, ekscytują podobnie jak piłkarze. Bayern wyznaczył kierunek, płacąc 25 milionów euro za Juliana Nagelsmanna. Zobaczcie, jak często odmienia się to nazwisko w kontekście Bawarczyków i nie tylko, a przecież Newcastle więcej wydało na Joe Willocka. Ten rynek przestaje być pustynią, bo Leicester wyłożyło ponad 10 milionów za Brendana Rodgersa, a Sporting za Rubena Amorima. Ale to dopiero początek. Czekamy na wybuch, jakieś niecne i głośne podebranie trenera, aż również ich klauzule powędrują do astronomicznych rozmiarów.

W czasach, gdy nigdy rola trenera nie była tak istotna, to niedorzeczne, że 7 milionów euro – kwota klauzuli wypowiedzenia – mogłaby zdecydować o odejściu Emery'ego z Villarrealu do Newcastle tuż przed istotnym meczem Ligi Mistrzów. Takim, za którego zwycięstwo płaci się prawie połowę tej kwoty, a ekipa z Comunitat Valenciana wygrała 2:0 z Young Boys. Zaloty do Unaia mówią nam o kilku sprawach. Anglików nikt już nie zatrzyma, bo finansowo grają w innej lidze i nie trzeba nawet mówić o ligowej czołówce. To nierówna gra, nawet dla uznanych, pieczołowicie budowanych marek. I pozostaje tylko czekać, aż rynek trenerski dostanie swojego Neymara, czyli transfer wywracający do góry nogami realia. Przez futbol przerzucane są takie pieniądze, że łatwość podebrania trenera albo dyrektora sportowego aż nie przystoi, biorąc pod uwagę ich znaczenie dla kierunku całego projektu. Ta karuzela nabiera prędkości, ale na dobre jeszcze nie ruszyła.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.