„Czasy Sir Aleksa Fergusona dawno minęły. Telefony cały czas dzwonią. Każdy chętnie poczeka na pierwszą i drugą porażkę, aby poszukać nowych rozwiązań. Żyjemy w innych czasach. Wiem, jakiej misji ratunkowej się podjąłem. Jestem gotów pracować do końca czerwca ze świadomością, że w każdej chwili może przyjść nowy trener. Dla mnie liczy się szczerość i przejrzystość. Zbliża się moment, aby odciąć pępowinę i pokazać, że jestem trenerem nie tylko dla Legii, ale również dla innych klubów” – mówił Aleksandar Vuković podczas spotkania z grupą dziennikarzy na zakończenie obozu w Dubaju. Stary-nowy szkoleniowiec Legii Warszawa ma utrzymać klub w ekstraklasie i pracuje z wiedzą, że poszukiwania jego następcy trwają.
Korespondencja z Dubaju
O podsumowaniu obozu
Jesteśmy zadowoleni z pracy wykonanej w Dubaju. Zaczynaliśmy bez paru zawodników, których wykluczyły pozytywne testy. Na początku to utrudniało przygotowania. Na szczęście wzięliśmy duże grono młodych graczy, którzy uratowali nam obóz, bo trening bez 20 piłkarzy nie byłby tym samym. A dzięki nim przez pierwszy tydzień też mogliśmy normalnie pracować. Wypadł nam jeden sparing z Fursan Hispania, bo kadrowo nie byliśmy przygotowani, a nasz przeciwnik też zmienił plany.
Przed nami cały czas dużo pracy. Runda zaczyna się bardzo wcześnie i pierwsze tygodnie pewnie będą męczarnią skoncentrowaną na grze o konkretną stawkę. Chcemy być od razu w dobrej formie, ale rozsądek podpowiada, że z najlepszą dyspozycją trafimy dopiero po kilku tygodniach. Naturalne będzie postawienie na rosnącą formę fizyczną. Od pierwszego dnia walczymy o zwycięstwo, żebyście mnie dobrze zrozumieli, ale z czasem zobaczycie prawdziwe postępy.
Teraz można było sobie pozwolić, żeby bardziej obciążyć i dojechać drużynę, nie martwiąc się o rezultaty sparingów. Ostatnie dwa tygodnie do ligi w Warszawie to będzie schodzenie z obciążeń. Praca krótsza, ale intensywniejsza. Skupimy się na naszym sposobie grania, bo zawsze model grania będzie najważniejszy. Przygotowanie fizyczne to podstawa, aby cokolwiek funkcjonowało, ale samo w sobie nic nie daje bez dobrej organizacji.
O odbudowie mentalnej
To co zastałem w klubie, a to jak dzisiaj wygląda zespół pod kątem mentalnym to dwie różne drużyny. O to trzeba dbać cały czas, ale później najważniejsze będą wyniki. To one zdecydują, w jakim kierunku pójdzie nasza atmosfera. Zrobiliśmy jednak wiele, aby każdy zrozumiał, że jest częścią drużyny i tylko poświęcając się dla niej, a nie dla własnego dobra, może w niej jakkolwiek funkcjonować. Dla mnie to wydaje się dość jasne. Każdy chłopak, który wybrał piłkę nożna jako ukochany sport, rozumie, że robi to zespołowo i sukces daje grupa. Ale to trzeba pielęgnować i pokazywać właściwe zachowania. Pokazywać, co szanujemy, co doceniamy, co doceniamy, co chcemy, a czego nie akceptujemy. Im dłużej jesteśmy razem, tym staje się jaśniejsze, czego nie wolno robić.
Jesienią sytuacja była ekstremalnie zła. Wchodziłem do Legia Training Center i można było się przerazić. Widziałem dużo niezadowolenia, nieszczęścia, pretensji. Brak jakiejkolwiek energii. Niewiedzy i niezrozumienia, co się właściwie dzieje. Każdy z nich potrzebował przerwy, aby się zresetować. Tutaj zaczęliśmy ich uświadamiać, jaka jest sytuacja i co trzeba zrobić, aby ją zmienić. Trzeba być świadomym, żeby móc wyjść z tej sytuacji. Teraz jest zarówno rozumienie, jak i chęć zmiany.
O roli tymczasowego trenera
Jednego zdążyłem się nauczyć: każdy trener jest tymczasowy. Różnią się tylko datą zwolnienia. Czasy Sir Aleksa Fergusona dawno minęły. Telefony cały czas dzwonią. Każdy chętnie poczeka na pierwszą i drugą porażkę, aby szukać nowych rozwiązań. Żyjemy w innych czasach. Mogę się skupiać tylko na tu i teraz. Wiem, czego się podjąłem, jakiej misji ratunkowej. Kontrakt trwa do czerwca. Jestem gotów pracować do jego końca i pewnie ani dnia dłużej.
Fajnie byłoby w ogóle wypełnić ten kontrakt. Mam na myśli, że nawet mając tak krótki kontrakt, mogę go nie dokończyć. Pół roku w piłce to długi czas dla trenera. Nie chcę podejścia, że coś jest pewne, bo też wyobrażam sobie taki scenariusz. Muszę podołać do końca tego kontraktu i zrobić dobrą robotę. Co będzie później? Trzymam się tego, że mój powrót do Legii jest powrotem do swojego klubu, gdzie cały czas pracowałem, ale zbliża się moment, kiedy będę chciał być odbierany inaczej. Odciąć pępowinę. Nie być widzianym tylko jako trener dla Legii, ale też trener dla innych klubów. Na to chcę zapracować przez to pół roku. Jak nie będzie mnie tutaj, pojawią się inne miejsca, w których będę mógł się realizować w zawodzie. To też motywacja.
Nie potrafię powiedzieć, co by się stało, gdybym dostał propozycję pozostania. Byłem w Cafe Futbol z Romanem Kołtoniem i dostałem podobne pytanie. Wtedy nie pracowałem, ale nie potrafiłem odpowiedzieć, bo była to dla mnie sytuacja zbyt abstrakcyjna. A wróciłem do domu i wieczorem dostałem telefon z Legii z propozycją powrotu. Dopiero wtedy w to uwierzyłem i zacząłem się nad tym zastanawiać. Gdybanie nie ma żadnego sensu.

O walce o utrzymanie
Wierzę, że ta kadra zagwarantuje utrzymanie w lidze. Jest w niej wystarczająco jakości, żeby wywalczyć to absolutne minimum. Mimo sytuacji, klub chce celować w coś więcej, w coś wyższego. Jestem pierwszym, który podkreśla, że naszym celem jest zrozumienie swojej sytuacji i walki o utrzymanie. Ale z drugiej strony trzeba się wzmacniać pod kątem poważniejszych celów. Wierzymy, że sytuacja zmieni się na lepsze i zaraz będziemy mówić o innych realiach. Świeża krew musi przyjść z myślą o normalnej, legijnej rzeczywistości.
Jesteśmy w takim miejscu, że byłoby niepoważne, gdybyśmy przedostatnią lokatę w tabeli zrzucali na przypadek. Nic nie dzieje się przypadkowo. Granica w Legii jest bardzo cienka i drużyna wyglądająca okropnie może zaraz wyglądać świetnie, ale nie łudzę się, że mamy prawo opowiadać o czymś więcej niż utrzymanie. 13 razy nie przegrywa się przez przypadek.
O transferach
Nie jestem trenerem, który codziennie pyta o transfery i dzwoni, aby o nie prosić. Pracuję z ludźmi, których mam dostępnych. Omówiliśmy już pozycje, na których potrzebujemy wzmocnień i prace nad nimi trwają. W jednym przypadku jest bliżej, w drugim dalej, ale 2-3 graczy dołączy do nas jeszcze przed pierwszym meczem. Będzie za późno, aby wkomponować ich na inaugurację, dlatego lepiej, aby to było wcześniej niż później. Nie podchodzę do tego bez zrozumienia. Nie chcę, aby klub płacił za taką samą jakość 200 złotych, skoro może wydać 100 złotych i efekt będzie ten sam.
Ze względu na preferowane ustawienie z wahadłowymi dobrze byłoby mieć więcej wahadłowych. Tam najbardziej szukamy nowego piłkarza. Mieliśmy pecha z Yurim Ribeiro, który był naturalnym konkurentem dla Filipa Mladenovicia. Straciliśmy go na dłuższy czas, a ligę zaczynamy z Mladenem zawieszonym za kartki. To komplikuje sytuację z lewej strony. A z prawej w ogóle brakuje balansu. Jest ultraofensywny Kastrati i grający zbyt defensywnie Johansson. Mamy alternatywy w postaci młodzieży, ale docelowym rozwiązaniem będzie sprowadzenie kogoś z jakością. Prawe wahadło to priorytet. Lewe nie aż tak bardzo, bo wierzę, że Mladenović wróci na swój poziom.
Wspominałem też o bramkarzach. Mamy trójkę, która ma za sobą bardzo trudny czas. Muszę powiedzieć, że na teraz – muszę odpukać (Vuković uderza w stół - przyp. red.) – największym zaskoczeniem jest dla mnie Artur Boruc. To jak pracuje, jak wygląda w treningach i meczach, imponuje. Zastałem go w zupełnie innej dyspozycji. Bałem się, że ciężko będzie oczekiwać od niego wysokiego poziomu, a widzę gościa, który jest gotowy jeszcze raz podjąć rękawicę. Nie widzę w nim człowieka, który miałby kończyć karierę. Sprowadziłem go tutaj. W tym sensie, że miałem prawo go zawetować, ale chciałem przyjścia Artura Boruca. To przykład, że największymi wzmocnieniami mogą być nasi dzisiejsi gracze. Czarek Miszta super pracuje, Tobiasz też daje sygnały, że z młodymi bramkarzami będzie inaczej. Warunek jest jeden – z całą drużyną musi być inaczej.
Wydaje mi się, że w kontekście transferów jestem mało wymagający. Nie naciskam na jednego czy drugiego piłkarza. Jestem otwarty do rozmowy na temat kandydatów. Liczy się dla mnie tylko interes klubu, aby Legia wyszła na tym jak najlepiej. Czasami najlepiej oznacza najtaniej. Ale jeśli to jest w interesie Legii, to będę tak funkcjonował do momentu, aż zrozumiem, że to nie jest właściwe podejście. Nigdy nie żałowałem, że godziłem się na taką politykę. Zawsze bardziej wolałem wyrazić swoje zdanie o kandydatach, niż prosić o swoich graczy.
Patryk Sokołowski był pomysłem klubu. Temat zaczął się jeszcze przed przyjściem Jacka Zielińskiego, ale on bardzo go ceni, bo próbował go ściągać do Wigier Suwałki. Jak ja widzę swoją rolę? Mogę powiedzieć, że taki piłkarz mi nie pasuje, ale kiedy mam pełne poparcie dla pomysłu, również to zaznaczam. Od razu wiedziałem, że ten chłopak to kierunek, w jaki powinniśmy iść. Polak, związany z Legią i Warszawą, prezentujący pewien poziom w lidze. Będzie dla nas ważnym zawodnikiem.
Maciej Rosołek wrócił i to, czy się sprawdzi będzie w dużej mierze zależało od samego Rosołka. Ja dalej w niego wierzę, widzę duży potencjał. Troszeczkę czasu już minęło, więc musi udowodnić, że stać go na wiele. Szanse dostanie, bo jest jednym z młodzieżowców, co jest jego atutem w tej sytuacji. Jeden z najbardziej ogranych młodzieżowców w naszej kadrze. Potrzebujemy młodych graczy z jakością. Damy mu szansę, aby udowodnił, że jest na dobrej ścieżce. Życzyłbym sobie tego nawet bardziej niż on. Dostanie wsparcie, a reszta zależy od niego.

O stylu gry
Korzystamy z czasu, który mieliśmy zimą, aby przygotować drużynę do znacznie bardziej intensywnego grania, niż chociażby w ostatnim meczu z Radomiakiem (0:3). Widać było, że bateria została już wyczerpana do końca. To będzie nasza przewaga, że mogliśmy ją doładować. Wychodzę z założenia, że trzeba być gotowym na każdy aspekt gry, jaki może cię zaskoczyć. Czasem dominujesz, czasem grasz niżej w obronie i to akceptujesz. Musimy umieć radzić sobie w różnych scenariuszach. Górnolotne jest mówienie, że zawsze narzuci się swój styl. Nie zawsze. Musisz umieć reagować również jako drużyna broniąca i grająca z kontrataku.
O wygranych zgrupowania
Nie chciałbym wymieniać konkretnych nazwisk, żeby nie popełnić tego błędu i nie zapeszyć przed startem rozgrywek. Jest kilku graczy, którzy naprawdę w moich oczach zaistnieli. Ale to będzie widoczne, kiedy zacznie się liga. Wtedy zdacie sobie sprawę, kto zyskał na tym obozie przygotowawczym. Jest sporo powodów do optymizmu, ale też zostajemy z chłodną głową i świadomością, że w innych przypadkach nadal dużo brakuje.
O miejscu dla Kastratiego
W naszym ustawieniu najbliżej będzie mu do pozycji prawego wahadłowego. Czasami będziemy grali z jednym napastnikiem i dwoma dziesiątkami albo dwoma skrzydłowymi, wtedy mógłby być jednym ze skrzydłowych wspierających dziewiątkę. Lirim musi udowodnić, że stać go na grę na jednej albo drugiej pozycji. Musi udowodnić swoją jakość na boisku. Dostanie na to szansę jak każdy. Czas pokaże. Nie chcę nikogo szybko skreślać. Z Rigą zagrał pierwszy raz, bo ze względu na covid dołączył do nas później. Trenował niespełna tydzień i dopiero łapie odpowiedni rytm. Również biorę to pod uwagę.
O pomyśle na grę trójką obrońców
Nie zakochałem się w nowym ustawieniu. Nie mam też tak, że dobieram piłkarzy pod swój ulubiony system. To kadra i jej predyspozycje decydują. Kiedy wszyscy zawodnicy są zdrowi, mamy 6-7 środkowych obrońców, a większość z nich lepiej czuje się w systemie z trójką stoperów. Mamy bocznych obrońców takich jak Mladenović czy Ribeiro, którzy lepiej czują się jako wahadłowi. Mamy też kilku napastników, którzy mogą grać w duecie. Nasza ocena jest taka, że drużyna jest skonstruowana pod grę z trójką z tyłu, ale to tylko system. W każdym ustawieniu drużyna musi wracać do podstaw, czyli wygrywania pojedynków, większej determinacji, intensywności, kompaktowości. Niezależnie od systemu to jest fundament zwycięstw.
Mamy sztab ludzi. Omawiam to z asystentami. Nie robię niczego samemu. Zdaję się na ludzi, których się otaczam i w tej kwestii było tak samo. Jest to o tyle łatwiejsze dla mnie, że Legia grała w takim ustawieniu, więc nie przedstawimy im żadnych tajemnic, tylko zmienimy wymagania wobec poszczególnych zawodników.
O stałych fragmentach gry i asystentach
To element, który szwankował. Musimy polepszyć ich bronienie, bo to absolutne minimum, aby myśleć o czymś więcej. Nie zmartwię się, jak stracimy w jednym czy drugim meczu gola w taki sposób, ale jeśli to dzieje się nagminnie, to problem istnieje. Jeśli chodzi o specjalistę w tej dziedzinie, nasz sztab jest praktycznie wypełniony i każdy ma inną specjalizację. Jest jeszcze miejsce dla jednego analityka, bo przywykliśmy do współpracy z dwoma osobami na tym stanowisku. Tutaj ktoś jeszcze wesprze ten dział, a poza tym zostajemy i pracujemy w aktualnym gronie.
Stanisław Czerczesow powtarzał, że on jest najlepszym psychologiem dla drużyny. Dla każdego trenera to bardzo ważny aspekt: podejście do piłkarzy, dotarcie do nich, aspekt mentalny. To kluczowe w naszej pracy, ale czasami pomoc psychologa z zawodu jest bardzo potrzebna i jestem za tym, aby dalej realizować takie spotkania indywidualne. Powinno to być dostępne dla każdego zawodnika, który ma taką potrzebę. Po takiej rundzie drużyna cały czas miała przy sobie psychologa, ale teraz na wiosnę spróbujemy podejść do tego troszeczkę inaczej.
O współpracy z dyrektorem sportowym
To trzecia moja relacja w tym klubie z Jackiem Zielińskim. Był kolegą z boiska, był moim trenerem, a teraz jest dyrektorem. Nie wiem, co nas jeszcze czeka dalej. Wszystko przed nami. Rozumiemy się. Zawsze darzyliśmy się szacunkiem. Jacek wie, że ze mną może rozmawiać otwarcie i szczerze na każdy temat. Nawet ten nurtujący wszystkich, czyli nowego trenera. Dla mnie ważna jest tylko szczerość i otwartość. Chcę wiedzieć, na czym stoję. To wystarczy.
Z Jackiem jest o tyle dobrze, że zacząłem współpracę z człowiekiem, którego dobrze znam i nie muszę poznawać. Nie muszę od nowa budować relacji bez wcześniejszych historii. To duża różnica, bo nie traciliśmy czasu na jakieś podchody. Od razu współpraca zaczęła się na godnym poziomie, jest między nami chemia. Zaufanie się buduje, ale łatwiej to zrobić z osobą, którą już znasz. Z Radkiem Kucharskim to trochę trwało. W pewnym momencie funkcjonowało bardzo dobrze, potem przestało. Nie wracając do tego, co było, cieszę się ze współpracy z Jackiem.
Dowiedziałem się po telefonie od Dariusza Mioduskiego jeszcze przed oficjalnym komunikatem. Wiem, że z Jackiem Zielińskim sytuację będę miał czystą i przejrzystą. Powiedział mi, że możliwe jest zatrudnienie nowego trenera jeszcze przed końcem mojego kontraktu. I że na pewno przekaże mi to wcześniej. Nie będzie niczego przede mną krył. To mi wystarczy i tego oczekuję od tej współpracy. Szczerej, otwartej relacji.

O komentarzach na temat Dariusza Mioduskiego
Nie muszę uciekać przed prezesem. Mamy normalny kontakt. Taki, jaki mieliśmy za pierwszym razem. Zawsze między nami była osoba, która na co dzień była łącznikiem. Teraz jest podobnie. Zgodziłem się wrócić do klubu, dając do zrozumienia, że jestem gotów na taką współpracę. Ze strony prezesa jest podobnie, bo inaczej by mnie tu nie było. Można nazwać moje komentarze mocnymi słowami, ale nigdy nikogo nie obraziłem. Nie mam się, czego wstydzić ani za co przepraszać. Wyraziłem swoje zdanie. Tamte słowa są cały czas aktualną ocenę tego, co wydarzyło się wcześniej podczas mojego pierwszego etapu. Teraz rozpoczęliśmy nowy, następny, który będzie podlegał innej ocenie. Zrobię wszystko, aby spojrzeć na to z dumą i poczuciem dobrze wykonanej roboty. Z mojej subiektywnej oceny za pierwszym razem też ją wykonałem. Jednak mistrzostwo troszeczkę znaczy i nie jest takie proste do zdobycia.
O Mahirze Emrelim
Odwrócę zagadnienie i odpowiem pytaniem: a czy wy wyobrażacie sobie Paulo Sousę wracającego na baraże do reprezentacji Polski? Nie czuję się przez Emrelego oszukany, bo niczego nie deklarował. Nie mogę powiedzieć na jego temat nic szczególnego. Miałem z nim jedną, krótką rozmowę, z której nie wynikało, że miałby źle się czuć albo źle się czuć w tej drużynie. Nie zwiastowała, że nie przyjedzie na treningi. Zdaje sobie sprawę, że różni ludzie chcą taką sytuację różnie ocenić i wykorzystać. Sam Mahir opowiadał, że spotkanie ze mną było pozytywne.
Nie dzwoniłem do Mahira w przerwie, bo moja mediacja polegała na naszym wspólnym spotkaniu i na nim się skończyła. Wykonałem gest w postaci opaski kapitana w stronę Luquinhasa, do którego też nie dzwoniłem i też go nie namawiałem na powrót. Sam byłem ciekaw reakcji, więc zostawiłem sprawę i obserwowałem zachowanie piłkarzy.
O opasce kapitana dla Luquinhasa
Poinformowałem go, że podejmuję taką decyzję. Zupełnie przemyślaną. Tym gestem chciałem pokazać i udowodnić, jakie wartości wyznajemy w tym klubie i w jakich ludzi chcemy inwestować. To drogowskaz, o jakich ludziach chcę rozmawiać, a jakich wolę zostawić.
Luquinhas zawsze był dla nas bardzo ważny. Zawsze zostawiał serce na boisku, zawsze dawał maksa, to przykład oddania na boisku, a teraz okazało się, że również poza nim. Pod wieloma względami jest przykładem tego, co to znaczy być prawdziwym legionistą. Kibice czasem mierzą to innymi wymiarami, ale dla mnie to facet, który mógł zachować się zupełnie inaczej. Mógł próbować wykorzystać to na różne sposoby, do czego był gorliwie namawiany i jestem o tym pewny w 100 procentach. Korzyści dla niego samego mogłyby być bardzo, bardzo duże. A postąpił inaczej. Dla mnie to ktoś, kogo chcę uhonorować i drużyna doskonale to rozumie. Liderami pozostają te same osoby, czyli Artur Jędrzejczyk i Artur Boruc, a z tych nieco młodszych Mateusz Wieteska. Tak jak „rządzili”, tak będą rządzić szatnią. Natomiast chcemy jako klub dostrzegać i wyróżniać pewne postawy. To nagroda za bycie lojalnym i bycie fair wobec Legii. Tak sobie to ułożyłem w głowie, że poczekam i zobaczę, jak oni się zachowają.
Sam Luquinhas był zszokowany. Wziąłem na rozmowę Inakiego Astiza jako tłumacza. Pamiętam, że pierwsze słowa Luquinhasa to było: „Jaaaa?”. Powiedział, że nigdy by nie pomyślał o byciu kapitanem w drużynie, w której jest Jędza czy Artur, czyli ludzie, których bardzo szanuje. Odpowiedziałem, że jego wszyscy szanują w równym stopniu i taki jest nasz pomysł na drużynę. Opaska jest formą docenienia tego, jak się zachował wobec drużyny i wobec klubu. Urodzony tysiące kilometrów stąd w Brazylii, grający w tym klubie od ponad dwóch lat, zachował się jak chłopak urodzony na Ursynowie i legionista z krwi i kości od dzieciństwa.
Zawsze powtarzam, że bardziej od słów liczą się czyny. Dzisiaj możemy opowiadać różne bajki jeden drugiemu, bajerować wewnątrz, ale jak przychodzi co do czego, to dopiero oceniamy, kto jest kim. Mieliśmy idealną sytuację, aby na przykładzie dwóch przypadków ocenić, kto kim jest. Znamy tę sytuację z bliska i wiemy trochę więcej, dlatego trzeba docenić to, co zrobił Luquinhas. Niemówiący ani słowa po polsku. Czasami się śmiejemy, że po portugalsku też tak wiele mówi, że chyba nawet tego języka nie zna. Ale to facet będący dobrym duchem tej drużyny. Z inteligencją piłkarską na najwyższym możliwym poziomie. On nie rozumie ani słowa, ale wystarczy jedna odprawa wideo, na której pokaże się wymagania i poprawki dla zawodnika na jego pozycji. I on to realizuje w 100 procentach tak, jak oczekuję. Czyny, a nie słowa.
Zdajemy sobie sprawę, że na rynku jest jednym z najbardziej rozchwytywanych naszych piłkarzy i różnie może się to potoczyć. Nie chciałem czekać z uhonorowaniem go w ten sposób. Rozmawiałem o tym z Arturami, Borucem i Jędrzejczykiem. Odbywałem rozmowy z całą radą drużyny. Wytłumaczyłem, czy to jest motywowane i zgodzili się z tym puntem widzenia.

O oddawaniu za darmo piłkarzy jak Gwilia, Wszołek czy Vesović
Jacek Zieliński ma podobną filozofię budowania drużyny do mnie. Nie ma w głowie wizji dużych rotacji, nie chce wymieniać połowy składu po każdym sezonie. To samo w sobie doprowadzi do większej stabilizacji, która jest potrzebna. Rozmawiamy na bieżąco, ale nic mu nie doradzałem. Będąc wcześniej w klubie, dążyłem do tego, abyśmy szli w tym kierunku. W dwóch oknach, w jakich miałem coś do powiedzenia, udawało się docenianie tych, którzy na to zapracowali. Nigdy nie wychodziłem z założenia, że koniecznie trzeba zrobić transfery dla zadowolenia wszystkich dookoła. Zawsze bardziej lubi i docenia się to, czego się akurat nie ma, a to błędne założenie. I często się na tym traci. To o wiele prostsze, niż się wydaje. Wystarczy po prostu dokonywać zmian, kiedy masz zawodnika ewidentnie lepszego. Mówienie, że każdego okna sprowadza się trzech lepszych to dla mnie nieco utopia. Jeżeli masz zawodnika takiego jak Vako Gwilia, to nie oddajesz go tak łatwo. Najpierw sprowadzasz nowego piłkarza i kiedy Vako ewidentnie przegrywa rywalizację i jest gorszy, wtedy go sprzedajesz. A nie oddajesz za darmo gracza, którego miałeś na kontrakcie i który dawał wartość. Jacek Zieliński wie o tym jeszcze lepiej, bo zajmował się transferami w Wigrach Suwałki. Wie, co to znaczy doceniać. Później funkcjonował w nieco innych realiach, ale nadal wie, jak zarządzać kadrą.
O obawach o defensywę
Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy daleko od powiedzenia, że super funkcjonujemy. Zagraliśmy trzy sparingi, które wygraliśmy, ale niedoskonałości są w naszej grze i w obronie również. Pociesza mnie to, że do tej pory pracowaliśmy krócej, niż jeszcze mamy czasu do pierwszego meczu. Nie obawiam się, że nie wypracujemy lepszej formy. Jedyna obawa wiąże się z tym, co trudno przewidzieć. Kogo trafi przeziębienie, komu wyjdzie pozytywny wynik. Modlę się tylko o to, aby na tym polu nic się nie działo. Aby sytuacja była jak najbardziej przejrzysta pod kątem zdrowotnym, aby nie tracić piłkarzy w ostatniej chwili. Weźmy sam obóz. Przylecieliśmy tutaj pracować nad systemem gry z wahadłowymi. Ribeiro pierwszego dnia zgłasza chorobę, a Kastrati, Johansson i Mladenović wypadają przez covid. Przez pierwszy tydzień treningu nie mamy wszystkich piłkarzy do gry na wahadle. To są rzeczy, które destabilizują.
O samym obozie w Dubaju
Trzeba żyć w zgodzie z tym, co dzieje się dookoła. W naszej sytuacji pójście w jakieś luźniejsze podejście absolutnie nie miałoby sensu. Po pierwsze musimy być świadomi tego, gdzie się znaleźliśmy i o co gramy. Z taką myślą pracowaliśmy. Z uśmiechem na twarzy mogę powiedzieć, że nie wiemy jak Dubaj wygląda. Ostatni dzień obozu był pierwszym, w którym zawodnicy w nagrodę dostali czas, aby przed wylotem spędzić kilka godzin w mieście. Mogli pozwiedzać albo mieć czas dla siebie. Do tej pory nie było sensu ani szansy na korzystanie z tutejszych dobrodziejstw. Nie korzystali w pełni z hotelu ani plaż. Tym bardziej nie widzieli samego Dubaju, bo byliśmy 40 km od centrum. Dla mnie równie dobrze to zgrupowanie mogłoby się odbyć w Mrągowie. Wtedy nie miałby nikt pretensji, że siedzi w hotelu i coś traci. Jak się tak do tego podejdzie, to nie masz wrażenia, że coś ci koło nosa przechodzi.
Notował Dominik Piechota
