„Broad Peak”: szczyt rozczarowania? (RECENZJA)

Zobacz również:"Elegia dla bidoków", czyli jak Hollywood wyobraża sobie wyborców Trumpa (RECENZJA)
Broad Peak netflix
Netflix

Dokonania Lodowych Wojowników z Polski – kraju trzeciego świata za żelazną kurtyną – wprawiały w latach 80. świat w osłupienie. W Himalajach i Karakorum pisały się historie, które z pewnością już dawno zostałyby zekranizowane, gdyby realizacja nie stanowiła tak ekstremalnego wyzwania. Leszek Dawid podjął się go, wracając do przejmujących zmagań Macieja Berbeki z Broad Peakiem.

Kiedy czyta się wspomnienia Jerzego Kukuczki czy – uzupełnioną w tym roku – biografię Wandy Rutkiewicz (Jeszcze tylko jeden), momentami aż trudno uwierzyć, że to nie jest literacka fikcja. Polscy himalaiści nie mogli w tamtych czasach śnić o zachodnich budżetach czy sprzęcie, ale determinacja i – wedle powszechnego przekonania – pragnienie wolności sprawiały, że porywali się na spektakularne ekspedycje. Budzili przy tym skrajne emocje, bo też śmierć zbierała w górach obfite żniwo. Wiosną 1989 roku lawina ściągnęła pięciu naszych wspinaczy pod Mount Everestem; jesienią Kukuczka odpadł od południowej ściany Lhotse; w 1992 roku Rutkiewicz zginęła podczas ataku na Kanczendzongę. Legendarny Reinhold Messner w wywiadzie dla Gazety Wyborczej pod koniec lat 80. ocenił wręcz, że wielu dobrych wspinaczy zabiła konkurencja z Polski, która pchała ich w miejsca, w które być może nie powinni iść. Dramatów nie brakowało również później.

Film, który trafia do repertuaru Netfliksa, opowiada o losach Macieja Berbeki, który w 1988 roku był pewny, że dotarł na szczyt tytułowej góry. W tym przekonaniu utrzymywał go również kierownik wyprawy – Andrzej Zawada, obawiając się o życie himalaisty, który – wyczerpany – dotarł w rzeczywistości na Rocky Summit. W poczuciu krzywdy i zdrady – Berbeka odciął się od środowiska, ale ćwierć wieku później wrócił w Karakorum, żeby dokończyć to, co zaczął. Choć osiągnął wówczas wierzchołek wraz Adamem Bieleckim, Arturem Małkiem i Tomaszem Kowalskim, sukces okupiono tragedią.

Zdjęcia w Karakorum były poprzedzone dość długim procesem oswajania wspinaczki, wyjazdu w Alpy i Tatry, poruszania się w śniegu i lodzie ze sprzętem i umiejętnością jego wiarygodnego używania, wiązania węzłów, radzenia sobie w szczelinach i oswajania z wysokością [...] – odsłaniał kulisy produkcji Leszek Dawid w wywiadzie dla Onetu. Po to tam pojechaliśmy, żeby było zimno i wiało, w przeciwnym razie zostalibyśmy w studio albo gdzieś w niższych partiach gór. Zależało mi na tym, żebyśmy dostali w kość, więc po to tam jechaliśmy, by poczuć wiatr i mróz, doświadczyć tego, o czym opowiadamy.

Broad Peak powstawał częściowo na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów. Operator Łukasz Gutt wykonował zdjęcia z helikoptera; wykorzystywano drony, żeby opowiedzieć o przestrzeni, która w górach jest niewiarygodna. Kiedy władze pakistańskie nie wydały pozwolenia na zdjęcia dronowe, poproszono o pomoc Andrzeja Bargiela, który akurat szykował się do zjazdu w Karakorum. Na ekranie robi to piorunujące wrażenie i nie potrzeba nawet patriotycznego handicapu w wyścigu ze światowym kinem. Jakby mogło być inaczej, gdy takie K2 – przebój początku lat 90., kręcono w Kaszmirze, kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej i stanie Utah.

Wizualny rozmach jest więc największym atutem Broad Peaku. Olbrzymie wrażenia robią szerokie ujęcia, oddające w pełni monumentalizm zboczy, ale też wąskie kadry, gdy pokazywany jest krańcowy wysiłek himalaistów na ścianach. To nie jest sytuacja typu mamy Hollywood w domu; to po prostu Hollywood.

Zbyt poruszających zdarzeń dotyka jednak ten film, żeby zatrzymać się na ornamentyce. I nie chodzi wyłącznie o to, że zimowy atak na Broad Peak z 2013 roku stał się tematem narodowym. W dramatyczne kontinuum Macieja Berbeki wpisana jest przecież jakaś potężna prawda o fatum, które może ciążyć nad losem człowieka owładniętego obsesją przełamywania własnych granic.

Udało się w Broad Peaku uchwycić złowróżbny bezmiar gór i straceńczą walkę, ale sfera emocji i motywacji bohaterów wypada bardzo blado – co może zastanawiać, skoro Leszek Dawid miał zrobić szeroką dokumentację, obejmującą również rozmowy z himalaistami i ich bliskimi. Dziwaczna jest przy tym dynamika tego filmu, który rozpoczyna się od punktu kulminacyjnego w postaci wyprawy z 1988 roku, następnie ukazane zostaje życie Berbeki (Ireneusz Czop) w cieniu wielkiej góry i nagle okazuje się, że na wyprawę z 2013 roku zostaje dwadzieścia minut (!), w które wpakowano jeszcze inscenizację radiowego wywiadu. Współtowarzysze zostają w ten sposób sprowadzeni do roli rekwizytów; nie widać ambicji, żeby zrobić z nich postaci z krwi i kości. Ale to jeszcze można wytłumaczyć skupieniem na przeżywaniu głównego bohatera. Tyle tylko, że już jego relacja z żoną – Ewą Dyakowską-Berbeką (Maja Ostaszewska) na pewno miała być tu tematem, a okazuje się papierowa i jednowymiarowa.

Najcięższe decyzje nie mają w Broad Peaku ciężaru; zbyt często trzeba reżyserowi wierzyć na słowo; zbyt mocno trzeba wytężać wzrok, żeby w postaciach na ekranie dostrzec ludzi. Kończy się to tak, że jedyną zapamiętywalną rolę wykreował na drugim planie fantastyczny Łukasz Simlat jako Krzysztof Wielicki.

Broad Peak
fot. Piotr Litwic/East Studio

Broad Peak rozczarowuje więc jako film zmarnowanej szansy, w którym wypaliło to, co potencjalnie miało prawo nie wypalić. I na odwrót. Może się tak stać, że ten spektakl okaże się światowym sukcesem, którego nie trzeba będzie się wstydzić, ale wciąż będzie to niewiele ponad spektakl.

Co myślisz o tym artykule?

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży do samego końca – swojego lub jej. Na antenie newonce.radio prowadzi audycję „The Fall”. Ma na koncie publikacje w m.in. „Machinie”, „Dzienniku”, „K Magu”,„Exklusivie” i na Onecie.