
Każdy z nich wpadł kiedyś na pomysł, który okazał się rewolucją. Każdy z nich jest dzięki temu bardzo bogatym człowiekiem, ale wciąż od nich samych bardziej kojarzone są ich produkty. A w końcu warto poznać ludzi, którzy pozbawili nas życia poza internetem.
Daniel Ek - Spotify
Muzycy go nienawidzą, jednym pomysłem zmienił branżę! ZOBACZ MEMY! Tak mógłby zaczynać się tekst o Danielu Eku - niepozornym facecie, stojącym za sukcesem Spotify. Zanim w 2006 roku platforma ujrzała światło dzienne, muzykę kupowało się online album po albumie (albo kawałek po kawałku). Dopiero Ek zaproponował formę abonamentu, gdzie dostęp do muzyki przepadał, gdy po prostu przestało się płacić. Jak sam wspomina, najważniejszym sieciowym zjawiskiem była dla niego działalność Napstera, zresztą to dzięki niemu na dobre wkręcił się w muzykę - tak, Ek jest nie tylko biznesmenem, ale też zwykłym melomanem. Zaczął szybko: pierwsze strony projektował jako nastolatek, potem kupował serwery i zajmował się optymalizacją pod kątem wyszukiwarek, a przed założeniem Spotify (miał wówczas 23 lata), pracował przy programie uTorrent. Zresztą facet zawsze był odważny: jako 16-latek złożył podanie o pracę w Google na stanowisku inżyniera. Wtedy poproszono go, żeby wrócił już jako dyplomowany informatyk. Studiów nie skończył do dziś. Google żałuje? On chyba nie.
Reed Hastings - Netflix
To nie jest historia o zdolnym obdartusie, który założył swój start-up, żywiąc się suchym chlebem i cebulą. Reed Hastings pochodzi z bogatej, bostońskiej rodziny, ale jako dwudziestokilkulatek stwierdził, że olewa materialne dobra, zaciągnął się do armii, a potem zamieszkał w Afryce, gdzie uczył dzieci matmy. I chociaż wikipedia cytuje Hastingsa, który mówi o tym, że: gdy podróżujesz po Czarnym Lądzie z dziesięcioma dolarami w kieszeni, to nie czujesz żadnego braku śmiałości przy zakładaniu start-upu, nazywajmy rzeczy po imieniu: CEO Netflixa mógł w każdej chwili wrócić do domowego grajdoła. Zresztą i tak wrócił, ale na studia: skończył informatykę na Stanfordzie. W 1997 roku razem z Markiem Randolphem założył Netflixa, dość osobliwą z dzisiejszego punktu widzenia wypożyczalnię płyt DVD; podczas gdy wszyscy chodzili do punktów stacjonarnych, Netflix sugerował wypożyczanie online, a płyty przysyłano pocztą do klientów (ci później musieli je odsyłać). Na początku biznes był zbyt innowacyjny dla przeciętnych Amerykanów, ale w 1999 roku Hastings wprowadził system subskrypcji: można było wypożyczać więcej filmów i trzymać je tak długo, jak klienci chcieli. Wówczas siadło. Dziś to człowiek zarządzający firmą o wartości rynkowej 140 miliardów dolarów, filantrop wydający gruby hajs na rozwój edukacji w amerykańskich szkołach i biznesmen zaangażowany politycznie; w 2016 roku wspierał kandydaturę Hillary Clinton w walce o prezydenturę.
Evan Spiegel - Snapchat
Chyba największy celebryta z całego zestawienia, no ale jak się bierze za żonę Mirandę Kerr... Pochodzący z Los Angeles Spiegel to też student Stanforda - w 2011 roku, jako 21-latek, podczas pisania pracy zaliczeniowej chciał razem z kolegami, Reggiem Brownem i Robertem Murphym, wysłać zdjęcia do znajomych. Bał się jednak, że zachowane fotki wlecą na zawsze do sieci, stąd pomysł na program, umożliwiający kasację treści zaraz po ich odczytaniu. Panowie skrzyknęli się, napisali go, a rok później Mark Zuckerberg zaoferował 3 miliardy dolarów za Snapchata. Pewnie wiecie o tym, że oferta została odrzucona, a wielu nazwało Spiegela zbyt pewnym siebie arogantem. Biografię chłopak ma mocno bananową. Dziecko wziętych prawników, najdroższe prywatne szkoły, wakacje na krańcach świata, luksusowe BMW na 17-tkę... Bezczelności i pewności siebie Spiegel nauczył się w liceum, gdy był kimś w rodzaju party promotora, pracującego dla Red Bulla. Czyli mówiąc krótko: miał status fajnego kolesia, którego pojawienie się na imprezie od razu podnosiło jej rangę. Ale dzięki temu bogatemu gówniarzowi komunikacja internetowa poszła w zupełnie innym kierunku.
Sean Rad, Justin Mateen - Tinder
Dwóch sympatycznych ziomeczków z prywatnych szkół w Los Angeles, którzy spotkali się na studiach matematycznych University Of Southern California i, co tu dużo mówić, doskonale wiedzieli, że poznawanie fajnych ludzi wśród studenciaków wcale nie jest takie łatwe. Wiedzieli też, że na amerykańskich uczelniach mocno działa tzw. system kastowy - dzieciaki z bogatych domów nie bardzo chcą bratać się z tymi biedniejszymi. I właśnie tu wchodził Tinder: oceniało się po wyglądzie, a nie stanie konta. A co potem z tym delikwenci zrobią, to już jest ich sprawa. Udało się, zresztą wielu z was pewno doskonale o tym wie. Aha, Sean Rad jest żywą reklamą własnego biznesu; on też poznał swoją dziewczynę przez Tindera.
Kevin Systrom, Mark Krieger - Instagram
Systrom (rocznik 1983 - to ten wyższy) pochodzi z Massachusetts, komputerami i informatyką zajarał się, tworząc nowe plansze w Doomie 2, a na studiach pracował w sklepie z winylami. Krieger jest Brazylijczykiem, urodził się w 1986 roku, od 2004 mieszka w Stanach, dokąd przeprowadził się, by studiować na - a to niespodzianka - Stanfordzie. Tam zresztą poznali się, choć Systrom po dyplomie dorwał robotę w Google, skąd odszedł po dwóch latach. Podobno był sfrustrowany brakiem awansu. Nazwa Instagram to połączenie słów instant camera oraz telegram. Obaj panowie w wywiadach podkreślali, że doskonale wyczuli zapotrzebowanie klientów: Instagram był produktem idealnym dla wszystkich, którzy spędzają całe dnie z telefonami w dłoniach, nie muszą nic pisać - mogą tylko serduszkować. No bo umówmy się, Facebook był stworzony na komputery. Poza tym, tu ciekawostka, Systrom spotkał się w 2016 z papieżem Franciszkiem. Panowie dyskutowali o roli obrazu w erze cyfrowej i tym, w jaki sposób może łączyć ludzi na całym świecie.
Tim Berners-Lee - sieć WWW
Na koniec niespodzianka: nie jest powiedziane, że to właśnie on odpowiada za to w stu procentach, ale... jakby nie patrzeć, Tim Berners-Lee był jedną z osób, które stworzyły internet. A przynajmniej w takiej formie, jaką znamy. Programista i fizyk, który w latach 80. pracował nad modelami przenoszenia informacji w czasie rzeczywistym. Pod koniec dekady zaczął propagować ideę projektu World Wide Web, czyli sieci opartej na dokumentach hipertekstowych od wielu różnych autorów. To on wymyślił też specyfikacje URL, HTML i HTTP. Czyli bez tego sympatycznego starszego pana z Londynu nie byłoby niuansa. Dziękujemy i pozdrawiamy!