Polski horror, a nawet slasher? To zjawisko niemal równie niecodzienne, jak okoliczności premiery W lesie dziś nie zaśnie nikt, które sprawiły, że ten film zadebiutował na Netfliksie. Krajowa odpowiedź na Dom w głębi lasu czy Wzgórza mają oczy jako rzadki okaz musiała budzić emocje. Dziwimy się tylko, że aż tak często budzi emocje negatywne.
- Wychowałem się na slasherach z lat osiemdziesiątych i ten gatunek od zawsze był mi na maksa bliski. Marzyłem, by zrobić taki film. Zwłaszcza po tak poważnym kinie społecznym, jakim był mój debiut. Chciałem odetchnąć i odbić się najdalej jak to możliwe, zarówno tematycznie, jak i stylistycznie. Stąd taki list miłosny do kina grozy tamtych lat - opowiadał Bartosz M. Kowalski w jednym z wywiadów, dodając równocześnie, że kocha horrory, które nie traktują się w stu procentach poważnie i przywołując takie tytuły, jak Martwe zło 2, Halloween czy Amerykański wilkołak w Londynie.
W tych słowach reżysera zawiera się właściwie wszystko, co widz powinien przyjąć do wiadomości przed seansem W lesie dziś nie zaśnie nikt, by nie mieć później pokusy równania tej produkcji z ziemią.
Autor filmu Plac zabaw sięgnął po środki wyrazu charakterystyczne dla straszno-śmiesznego kina, które święciło triumfy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, wprowadziło do kanonu m.in. Halloween (1978), Koszmar z ulicy Wiązów (1984), Teksańską masakrę piłą mechaniczną (1974) i Martwe zło (1981) i przeżyło w latach dziewięćdziesiątych renesans zapoczątkowany przez Krzyk Wesa Cravena.
Wszystkie te filmy z definicji oferowały widzowi niezbyt wyszukaną rozrywkę, jazdę na granicy dobrego smaku, ekspozycję przemocy, zawoalowany społeczny bądź moralny przekaz, a - przede wszystkim - liczne powody do rechotu.
Dobrze rozumieją to krytycy z Tomaszem Raczkiem na czele, którzy są dla W lesie dziś nie zaśnie nikt stosunkowo łagodni, natomiast podobną łagodnością nie wykazuje się część widowni, jakby ignorując założenia, stojące za filmem Kowalskiego. On chciał zrobić klasyczne kino gatunkowe i dostarczył po prostu narysowany od linijki backwoods slasher.
W lesie dziś nie zaśnie nikt ma równocześnie całkiem sporo zalet, których wcale byśmy z góry nie zakładali. Choćby efektowne zdjęcia Cezarego Stoleckiego, muzykę Radzimira Dębskiego, kilka świetnych kreacji aktorskich (m.in. Wojciech Mecwaldowski jako Edward Norton z Moonrise Kingdom i Olaf Lubaszenko z monologiem w stylu Marka Koterskiego) czy solidny potencjał komiczny, za który w większości odpowiada fenomenalny Michał Lupa.
Podstawowym zarzutem, jaki można sformułować w stosunku do W lesie dziś nie zaśnie nikt jest natomiast konserwatyzm twórców. Ta historia została na tyle sztywno wpisana w ramy gatunku, że wydaje się papierowa i sama w sobie przestaje budzić jakiekolwiek emocje. Na ekranie giną kolejne postaci, a nam - delikatnie rzecz ujmując - lata to koło ch. Z większą klasą wypunktował to wspomniany Tomasz Raczek: ten film nie jest żenujący. On nawet nie jest nieudany. Jest po prostu bez smaku. Jakbyście jedli chińskie jedzenie bez przypraw. Nie zatrują się państwo. Nic się złego nie stanie, ale to nie smakuje.
W dalszym ciągu jednak najsurowszą karą, na jaką zasługuje ten głupawy zabijacz czasu jest życzliwe pobłażanie, a nie rozpłatanie toporem na leśnej drodze przez zmutowanego bliźniaka.
