Jeden z największych seriali w historii zadebiutował 17 kwietnia 2011. Dzięki temu serialowi nerdoza została znormalizowana, a wielu z nas przypomniało sobie i o zgubnych, i dobroczynnych skutkach binge-watchingu.
Megahit HBO z miejsca stał się popkulturowym wydarzeniem i ważnym punktem cotygodniowych dyskusji w miejscach pracy, na spotkaniach towarzyskich, czy niezliczonych internetowych forach i sekcjach komentarzy. Nawet Breaking Bad nie wywoływało takiego efektu FOMO - każdy chciał o serialu rozmawiać, a ci, którzy nie wiedzieli o co chodzi, czuli ogromną presję, żeby swoją niewiedzę nadrobić. Oczywiście z czasem ta euforia zmalała, a kiedy produkcja zaczęła obniżać poziom, zastępy publiczności gromadzącej się przed ekranami kurczyły się stopniowo - tylko po to, żeby znowu wybuchnąć przy okazji wybitnie nieudanego finału.
Jak z perspektywy dekady ocenić dziedzictwo Gry o Tron? Czy ekranizacja prozy George’a R.R. Martina zmieniła telewizję, czy była tylko kolejnym błyskiem na zatłoczonym niebie serialowych produkcji?
Pójdę albo nie pójdę
Zacznijmy od nieuniknionego, czyli podziału na dwie części serialu. Pierwszą wyznacza materiał źródłowy, z głęboko przemyślanymi wątkami fabularnymi i doskonałą charakteryzacją postaci. Druga to autorski popis Davida Benioffa i D.B. Weissa, którzy ani nie do końca rozumieli złożoną psychologię i losy bohaterów i bohaterek, ani nie mieli za bardzo pomysłu, dokąd poprowadzić fabułę. W efekcie dostaliśmy serial, który z sezonu na sezon był coraz gorszy, z koszmarnym, wręcz ofensywnie głupim finałem (ale tuż po premierze byliśmy tak 50/50 - sprawdźcie recenzję!). O ile praca duetu Benioff-Weiss przy It’s Always Sunny In Philadelphia to pokaz błyskotliwego dowcipu i udanego pisania naprawdę paskudnych postaci, tak przy Grze o Tron pozbawieni podkładki stworzonej przez prozę Martina, wyszli na dzieciaki, które zamiast zawiązać buty - porwały sznurówki.
Ale jednego nie można odebrać superprodukcji HBO - nigdy wcześniej nie było serialu z takim rozmachem, a echa jego sukcesu do dziś odbijają się po korytarzach wszystkich stacji telewizyjnych i siedzib serwisów streamingowych. W 2017 Amazon wydał 250 milionów dolarów na prawa do wyprodukowania serialu opartego o Władcę Pierścieni. Budżet pięciu sezonów może być wręcz astronomiczny - mówi się nawet o miliardzie (!) dolarów. Bez sukcesu Gry o Tron Disney raczej nie szedłby w mocno filmowego Mandaloriana, który kosztuje około piętnaście milionów dolarów za odcinek. Owszem, przed ekranizacją cyklu Martina przenoszono filozofię filmów kinowych na mały ekran, ale raczej nie w takim wymiarze. Zatarcie granicy między filmem a serialem odbywało się na płaszczyźnie filozofii produkcji, scenariusza i obsady, nie do końca budżetu. Gra o Tron to pierwszy serial, który śmiało można nazwać telewizyjnym blockbusterem, a inwestycja HBO zwróciła się z nawiązką. Po 17 kwietnia 2011 telewizja i streamingi już nigdy nie były takie same, a w zaciszach gabinetów zaczęły zapadać kosztowne decyzje, które wcześniej wstrzymywano z obawy przed klapą.
Nerdy takie jak my
Sukces Gry o Tron był też kolejnym elementem kulturowych przemian, rozpoczętych najpierw przez ekranizację Władcy Pierścieni, a potem kontynuowanych przez marvelowskie uniwersum filmowe. Przez długie dekady nerdowskie rzeczy w rodzaju fantasy, komiksów superbohaterskich czy science fiction były marginesem kultury popularnej. Nerd był symbolem popychadła, przegrywa, kogoś, kto zamiast interesować się prawdziwymi rozrywkami (np. sportem), siedzi przy dziecinnych zabawach w swojej piwnicy zastawionej figurkami smoków, rycerzy i statków kosmicznych. Dzisiaj krajobraz kulturowy jest zupełnie inny: w gry wideo tnie spora część dorosłego społeczeństwa, filmy Marvela i DC rozbijają bank, a dyskusja o jakości ostatnich części Gwiezdnych Wojen może dotrzeć nawet do świątecznego stołu. Gra o Tron miała duży udział w normalizacji nerdozy. Za co zresztą radykalniejsza część tzw. piwniczaków żywi spory żal: twierdzi, że Marvel i serial HBO zaprosiły normików do świata wtajemniczonych, bezpowrotnie go szargając. Używając kategorii z amerykańskiego high schoolu, nerdowska kultura została przejęta przez jocków. Tego typu plemienne podziały nikomu nie służą, ale są nieodłącznym elementem współczesnego krajobrazu tożsamościowego, szczególnie w internecie. I to właśnie sieć była jednym z kluczowych czynników sukcesu Gry o Tron. Ekosystemy wymiany opinii i krytyki, niezliczone fanowskie teorie i wideoeseje o świecie Westeros napędzały hype jeszcze mocniej. To nie było zjawisko nowe, ale z pewnością nasiliło się przy okazji superprodukcji HBO.

Po dziesięciu latach od debiutu łatwo zauważyć, jakim kulturowym gigantem była Gra o Tron. Dzisiaj dyskusja wokół serialu przygasła, zresztą na życzenie twórców, którzy nie potrafili utrzymać jakości do końca. I tak, jak teraz łatwo na tę produkcję machnąć ręką, tak jej pozycja na kartach historii telewizji jest niezagrożona. To wciąż najdroższy serial w historii (przynajmniej do czasu amazonowskiego Władcy Pierścieni), a ze świecą szukać innej serii, która wywołała podobny efekt FOMO. Dobrym pomysłem jest wrócić do pierwszych sezonów Gry o Tron dekadę od emisji pierwszego odcinka, bo to wciąż jeden z najlepszych seriali ever, o czym zresztą wspomnieliśmy w zestawieniu naszych 50 ulubionych seriali wszechczasów. Przynajmniej w swojej pierwszej połowie.
