Ostatnio gorzej działo się w Hawkins i nie chodzi wyłącznie o to, że Rosjanie w podziemiach galerii handlowej zaczęli kombinować nad otwarciem bramy między światami. I gdy wydawało się, że bracia Duffer doszli do ściany, udało im się ponownie wzbudzić ekscytację Stranger Things – pisaliśmy po tym, jak dobiegła końca pierwsza część nowej serii. Serialowe miasteczko wciąż znajduje się na skraju apokalipsy, ale płyną stamtąd nie tylko hiobowe wieści: remontada trwa, a najlepsze zostało pozostawione na koniec.
Tytułami, które z czasem popadały – co najmniej – w przeciętność, można sypać jak z rękawa. Weźmy Dextera, House of Cards czy Grę o tron. Gorzej, gdy trzeba podać przykłady showrunnerów, którzy ponownie podłączali swoje seriale pod prąd. A właśnie taka sztuka udała się Dufferom, co – lekko na wyrost – można porównać nawet do niezapomnianego triumfu Barcelony nad Paris Saint-Germain, od którego minęło niedawno pięć lat.
Stranger Things szybko zostało otoczone kultem i wpłynęło niebagatelnie na popkulturowy krajobraz poprzedniej dekady, odpowiadając w dużej mierze za revival lat 80. Równie szybko zaczęło jednak kulać się siłą rozpędu. Herbata parzona dwa kolejne razy z tej samej torebki postspielbergowskiego serialu fantastycznonaukowego dla młodzieży okazywała się coraz większą lurą. A wprowadzenie choćby dość karykaturalnego wątku zimnowojennego wskazywało na to, że twórcy nie mają pomysłu na sensowną transgresję.
Tymczasem – tak, jak odnotowywaliśmy pod koniec maja – upgrade ostatecznie spektakularnie im się powiódł. Bo Stranger Things nie tylko stało się nagle teen horrorem z takimi atrybutami gatunku, jak nawiedzony dom czy nietoperze, ale też wyewoluowało do superprodukcji science fiction, gdzie przygody paczki przyjaciół nie mają już kameralnego charakteru, a stają się sprawą wagi państwowej. Ten proces postępował oczywiście na przestrzeni poprzednich sezonów, ale dopiero teraz zaczął mieć sens.
Bitwa o Starcourt zmieniła wszystko. Ścieżki bohaterów rozeszły się. Wszyscy mają traumy do przepracowania; wszyscy – od Kalifornii do Kamczatki – zostają postawieni przed nowymi wyzwaniami. Czasami będą to trudy dojrzewania i odkrywania własnej tożsamości, czasami akcja jak z klasyki cold war movies, a czasami poszukiwanie utraconych supermocy, co wymaga podróży w przeszłość. Właśnie z tej przeszłości wywodzi się najgroźniejszy dotąd antagonista z tego uniwersum, który równie dobrze mógłby zostać wymyślony przez Stephena Kinga. Cytowanego zresztą w jednej ze scen.
Zbieg wątków z finału volume 1 zwiastował – być może – najlepsze Stranger Things ever w kontynuacji. I tak właśnie się dzieje.
Ponownie od razu zwraca uwagę skręt w kierunku opowieści grozy oraz wizualny rozmach rodem z najchwalebniejszych dni Kina Nowej Przygody. Co warte docenienia – nie zawsze będący efektem pracy komputerów. Ale Stranger Things 4 to – nade wszystko – przekonująco napisana historia z postaciami, których emocje i motywacje nie zostają potraktowane użytkowo. Bo właściwie, gdzie należy tu szukać czarnego charakteru? W Vecnie czy może w doktorze Brennerze, pełniącym tu rolę kogoś w podobie Palacza z Archiwum X.
Skądinąd niezwykle pojemny i zróżnicowany okazuje się ten sezon, gdzie jest miejsce na wiwisekcję relacji córki z ojcem, walkę z przeciwnikiem jak z Koszmaru z ulicy Wiązów, plot rodem z Wielkiej ucieczki, świetnie naszkicowany background w postaci satanic panic – masowego strachu przed kultem szatana w Stanach Zjednoczonych lat 80., coming-of-age story z subtelnie nakreślonymi rozterkami nawet na najdalszych planach... I chociaż to najmroczniejsza i najbardziej dramatyczna odsłona serialu, udaje się zachować balans; puścić oko do widza, jak w grze z heavymetalową estetyką, co przypomina lot Panosa Cosmatosa w Mandy.
Nie będzie pewnie największym spoilerem, że na finał otrzymujemy cliffhanger. I trudno o lepszą wiadomość po sezonie, który można ocenić: jedenaście na dziesięć.
