Pierwszy w Polsce, który ciszą zrobił hałas. Jesteśmy kibicami „wizuali” Huberta. (RECENZJA)

Zobacz również:Musical sci-fi. Kulisy trasy „Psycho Relations” Quebonafide (ROZMOWY)
Hubert.
barvinsky

I nas tu nie w***wiajcie, że pozwolimy sobie przywołać klasyczną rozmowę młodego sympatyka Lecha ze sprzedawcą biletów na Legię; jak robi to zresztą szczeciński raper w finale cotton candy. Uhuhu, dawno nie było na naszej scenie takiego debiutu!

Marek Fall

Kupujesz płytę, nowy state of mind weź w prezencie. Tak, jak pan Bisz powiedział Hubert. przygotowuje utwory, które pozwalają złapać inną perspektywę. Gdy odpowiedzią na coraz krótszy attention span i powszechne zaburzenia koncentracji uwagi stają się często projekty rozbuchane czy ekstatyczne, on kultywuje pogodną melancholię. Kręci film drogi, celebruje wszystkie nieprzespane noce; jest trybunem introwertyków i potheadem-romantykiem.

O newcomerze z aparycją Zibiego Bońka zrobiło się głośno, gdy na przełomie ubiegłego i bieżącego roku wydał święty spokój zamknięcie trylogii obejmującej także dzieci śmieci i pttk. Zależało mi na tym, żeby stworzyć historię. No i tak się złożyło, że zacząłem podróżować pociągami po bliższych i dalszych okolicach. To była duża część mojego życia i postanowiłem się nią podzielić, kierując ten materiał do ludzi, którzy myślą podobnie, a rzadko znajdują dla siebie taki głos – opowiadał mi wtedy.

Zainteresowanie stopniowo narastało, a dwudziestoparolatek stał się łakomym kąskiem na tej scenie, gdzie już łatwiej dostać kontrakt niż go nie dostać. Ostatecznie zasilił szeregi Def Jamu i wizuale to właśnie jego oficjalny debiut w barwach tej wytwórni.

Ten minialbum to logiczna kontynuacja dotychczasowych nagrań. Hubert. robi ruchy dla ciekawszej fabuły; wcześniej wrzucał kwas na Gubałówie tym razem ląduje nad morzem; pochyla się nad niezręcznościami wpisanymi w kontakt międzyludzki; dopisuje do bucket listy miejsca, w których chciałby zajarać blanta. Wparował na salon w brudnych butach i czasem musi sobie potańczyć, a czasem poszukać poezji w codzienności przy piosence ogniskowej. Ale takiej, która wynika z fascynacji Blonde, a nie Wolną Grupą Bukowina.

Szczególnie na poziomie oprawy muzycznej wizuale stanowią podniesienie poprzeczki, jakiego oczekiwałoby się po pierwszej – według staroszkolnej nomenklatury – legalnej płycie. Hubert. rzeźbi produkcje w wersji lite Abletona z ośmioma ścieżkami, a udaje mu się uzyskiwać głębokie brzmienie z klimatycznym zagospodarowaniem dalszych planów; zanurzone w pogłosach, zniuansowane i wymyślone tak, żeby wywoływać wrażenie psychodelicznego tripa. Na pozór mogłoby się wydawać, że nie obeszłoby się bez udziału instrumentalistów, a jednak to po prostu stylowa zabawa samplami i synthy. Gdzieś tam wybrzmi wibrafon, gdzie indziej drewniane dęciaki, ale przede wszystkim sporo jest gitar, do których Hubert. ma wyczucie, jak obecnie nikt inny na scenie. Kłania się, że on nie jest generycznym słuchaczem rapu; namechekuje skądinąd na wizualach Aphex Twina i Daft Punk (choć to akurat nie gitary). Wyczucie ma też do układania ładnych melodii. Na tyle, że wizuale w najbardziej pastelowych i nostalgicznych fragmentach ocierają się wręcz o bedroom pop.

W turkusowych kartonach Hubert. przedstawia się jako pierwszy polski raper, który zrobił ciszą hałas. I jest coś rzeczywiście osobnego w tym, jak godzi wsobność z outdoorem. To jest tak fajny hypetrain, że żal byłoby nie wskoczyć.

Lech Podhalicz

Oczy szeroko zamknięte, wszystko w nich się troi – rapuje Hubert. w moim ulubionym numerze z najnowszej EP-ki. Hubert., który – zapewne zupełnie nieintencjonalnie – stał się gwiazdą rapowego gorpcore’u, wjechał z oficjalnym debiutem w Def Jamie. wizuale to materiał zawieszony gdzieś pomiędzy EP-ką, a pełnoprawnym albumem. Trochę jak płyty G.O.O.D. Music wydane w 2018 roku: ye, Daytona, Kids See Ghost czy NASIR. Trochę jak zagubiona płyta schaftera, gdyby Wojtek zamiast zwiedzać zakamarki internetu spacerował po górach.

No właśnie – w oczach się troi; w płucach i na plecach Ajax Amsterdam. Hubert. nakreśla introwertyczny, ale jednocześnie dość proaktywny lifestyle młodego, sympatycznego i wrażliwego człowieka. Chodzi solo do kina, żeby wyczyścić banię. Myśli tylko o tym, dokąd zakupić kolejny bilet. Odpisuje z opóźnieniem na zaległe DM-y i żyje w zgodzie ze stoicką filozofią. Wypala konkretną ilość sativy i delektuje się momentami. Bo, jak wiadomo od 1985 roku, w życiu piękne są tylko chwile.

A jak wizuale prezentują się muzycznie? First things first – imponujący jest fakt, że Hubert. odpowiada za wszystkie beaty. Warto przy tym zaznaczyć, że numery trwają po 4-5 minut, co stanowi antidotum na generator dwuminutowych trapowych singli.

Młody Tony Halik zrobił tu one man show, niczym Abel Tesfaye na Narodowym. Uniwersum – nie tylko rodzimego rapu – potrzebuje takiej ciepłej muzy, przy której można wrzucić tryb slowmo; i regularnie utożsamiać się z podmiotem lirycznym. Nowy nabytek Def Jam momentami brzmi jak The Alchemist (pierwsza część trz3ciego wymiaru); zarzuca pluggnb w stylu WiFiGawda (turkusowe kartony) i masuje banię jazzrapem w !! komarach !!. Z kolei w soundtracku do latania sampluje newage’owe japońskie (?) ambienty. A potem robi super przyjemny beat switch. Niesamowity klimat ma ten numer: hip-hopowa neopsychodelia w pełnej krasie. Zresztą – wizuale to miks precyzji samplowania z przewagą klimatu nad skomplikowanymi kompozycjami.

Temperatura brzmienia tego materiału to ekwiwalent kliszy z Kodaka Portra. Czułe kolory, nostalgiczne momenty i nasycone wizuale. Zaufajcie, lepszego soundtracku do wakacyjnego finiszu nie uświadczycie.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Komentarze 0