W świecie, o którym za chwilę, nie ma Instagrama. Nie istnieje przemysł serduszek. Nie ma nawet wyników meczów, bo żeby takie zdobyć, trzeba odczekać swoje i kupić poranną gazetę. Rami Arouri ma 43 lata i uśmiecha się do czasów, gdy w 1995 roku stworzył pierwszą klubową stronę w polskim Internecie. Pierwszy robił relacje live z meczu. Pierwszy tłumaczył Stefanowi Białasowi, czym jest czat. W tych jaskiniowych czasach wszystko było pierwsze.
Paweł Mogielnicki, twórca 90minut.pl, mówi: – Poznałem Ramiego, bo był takim samym wariatem z kolumny dla wariatów, co ja.
Siedzimy zatopieni w archiwach „Przeglądu Sportowego” i zerkamy na rubrykę ś.p. Mirosława Skórzewskiego, do której „Mogiel” w lipcu 1991 roku, jako jedenastolatek (!), przysłał statystyki Pucharu Intertoto, a niewiele starszy Rami regularnie dzielił się autorskim rankingiem wszystkich pierwszoligowych klubów w Europie.
Był początek lat dziewięćdziesiątych. Mecze oglądało się tylko w środy, a hitem innowacji była Telegazeta. Słowo Internet nie istniało. A nawet jeśli, to gdzieś w innym, oddzielonym szybą świecie. Na komputerze można było usłyszeć jedynie dźwięk Windowsa 95 i pograć w „Sapera”. Trudno wytłumaczyć, o czym to, zresztą – młodsi i tak mogą nie zrozumieć. To nie były czasy notorycznego gapienia się w smartfon i scrollowania Twittera tyle razy, że mogłoby się to złożyć łącznie na wysokość wieży Eiffla.
Z Ramim spotykam się we wtorkowe przedpołudnie. Nie ma go w mediach. Większość ludzi nawet nie wie o jego istnieniu. Ale dla pewnego środowiska, pamiętającego przerażający dźwięk modemu USRobotics, ten człowiek jest małą legendą. Kiedy w 1990 roku Ipswich Town wypuścił w świat pierwszą klubową stronę na świecie, w Polsce jeszcze mało kto wiedział, jak włączyć poważny komputer. W domach rządziły raczej Atari czy C64, jeśli ktoś miał Amigę 500, był bogiem. Nie było oczywiście stron o piłce. Krótkie newsy można było poczytać na prowizorycznej stronie „Życia Warszawy”. A potem przyszedł Rami, odpalił edytor HTML i stworzył witrynę o Legii Warszawa. 25 lat później włączam dyktafon i słucham o tym, jak raczkował polski Internet.
AKREDYTACJA PO TRZECH LATACH
– Zobacz, już kiedyś udzielałem wywiadu – mówi Rami Arouri. – Krzysiek Stanowski miał chyba 17 lat, przyszedł z Pawłem Burlewiczem i pogadaliśmy do „Naszej Legii” na starej „Żylecie”. „Mogiel” chyba też był na tym wywiadzie.
Wtedy Internet był czymś nowym. W Polsce nikt nie traktował go poważnie. Pamiętam, że kiedy byłem w Stanach Zjednoczonych, zaraz po liceum, w 1994 roku, to też nie było to tak powszechne. Dopiero rok później, gdy wróciłem do Pensylwanii na trzy miesiące, na uczelniach można było z niego skorzystać w godzinach wieczornych. Strasznie mnie irytowało, że Legia grała z Goeteborgiem w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów, a ja nie wiedziałem, co tam się dzieje.

Wynik znalazłem dopiero po jakimś czasie na stronie Szwedów. Od razu zacząłem się zastanawiać: „Oni mają, a my nie?”. Dlaczego czegoś takiego nie mogę poczytać sobie o Legii? Tak właśnie narodziła się moja strona. Miała adres www.come.to/legia. Wypuściłem ją na przełomie 1995 i 1996 roku. Nie wiem, czy była pierwszą klubową w Polsce, bo nie było wtedy takiego kontaktu z ludźmi. Ale gdy parę lat temu była o tym dyskusja na Twitterze, nikt nie znał żadnej, która powstała wcześniej.

Pamiętam dobrze ten czas. Numer 0-20 21 22 i wykręcany Internet. Łączyłeś się na chwilę, ściągałeś strony na dysk i zaraz się rozłączałeś, żeby fortuny nie wydać. Google jeszcze nie istniał, była za to AltaVista, Lycos czy Excite. I to wszystko. Moją przewagą było to, że dobrze znałem angielski. Zaraz po tym, jak zobaczyłem, że Goeteborg ma swoją stronę, zacząłem się z nimi kontaktować. Wymiana informacji odbywała się przez kanały typu IRC. Młodzi mogą nie zrozumieć, ale wtedy otwierało to okno na świat. Dzięki temu szybko nauczyłem się tworzyć w prostym HTML strony internetowe, jak i gdzie je publikować, a później promować.
W Legii w połowie lat 90. nikt nie traktował Internetu poważnie. Trzy lata musiałem prosić o akredytację. Dopiero, kiedy pojawiła się „Nasza Legia” i fala młodych dziennikarzy, to jakoś chętniej zaczęli rozdawać. Miałem dobry kontakt z rzecznikiem Piotrkiem Strejlauem. Opowiadałem mu o mojej stronie. Któregoś dnia wreszcie powiedział: „Dobra, składaj podanie o akredytację”. Od tego czasu chodziłem na konferencje, urywałem się ze studiów, żeby co czwartek zanotować co tam mówi trener, a potem szybko wracałem do domu, żeby ludzie mogli poczytać mądrości Jerzego Kopy, czy Stefana Białasa.

CZAT Z WÓJTEM
Parę razy ktoś mnie spytał: „A może zaczniesz prowadzić oficjalną stronę Legii?”. Bo wkrótce takowa powstała i była żałosna. Ale dalej klub myślał, że Internet to jakaś zabawa i że mogę to robić, ale za darmo. Legia miała wtedy umowę z Polboxem. To tym drugim bardziej zależało na prowadzeniu oficjałki. Ale skoro miałem to robić za darmo, to wolałem już zostać przy swojej stronie. Codziennie rano kupowałem gazety, czytałem co trzeba, a potem pisałem artykuły. Miałem zasadę, żeby codziennie coś nowego pojawiało się na stronie. To też była innowacja. W tamtych czasach powstawało coraz więcej serwisów w sieci, ale były one bardzo rzadko aktualizowane. U mnie musiało to żyć.
Jako pierwszy w Polsce zacząłem robić czaty online z piłkarzami. Dzięki Polboxowi miałem specjalny skrypt do czatów z innowacyjną opcją – moderowania. Musiałem chodzić tygodniami po Legii i tłumaczyć co to czat. Z kilkoma piłkarzami nawet nie było rozmowy. Patrzyli na mnie jak na kosmitę. Ale kilku podeszło z zaciekawieniem. Był czat m.in. z trenerem Białasem, Tomkiem Sokołowskim, Bartoszem Karwanem i Maćkiem Murawskim. Na pewno pierwszy w styczniu 1999 roku był Jacek Magiera. Niektórzy piłkarze widzieli w tym coś ciekawego, łatwiej było z nimi rozmawiać, że czat to zwykła rozmowa z kibicami.
Taki czat zawsze odbywał się o godzinie 21.00 w środku tygodnia i musiałem go robić u mnie w domu. Mama się wściekała, bo robiłem zamieszanie. Siostra rano wstawała do szkoły. A tam puk, puk o 21.00, dobry wieczór, Stefan Białas. Moja mama nawet ich nie kojarzyła. Raz tylko kogoś poznała z telewizji i od razu inaczej spojrzała na te moje czaty. Zwróć uwagę, że nikt wtedy nie myślał o kontrolowanym przekazie. O tym, żeby taka rozmowa przechodziła przez rzecznika. Piłkarz sam przyjeżdżał do mnie do domu i robiliśmy czat. Na tamte lata to była do tego stopnia nowość, że po kilku miesiącach zgłosił się do mnie Onet, żebym u nich zrobił czat. Wraz z Krzysztofem Kaczyńskim, który prowadził stronę Lecha, miesiąc chodziliśmy za ówczesnym selekcjonerem Januszem Wójcikiem aż ten w końcu się zgodził.
SPROSTOWANIE W WYBORCZEJ
Robiłem też pierwsze w polskim Internecie relacje live z meczów. Jak Legia grała u siebie, to cały czas miałem kontakt z siostrą, odpowiednio ją przeszkoliłem i dzięki temu każdy kibic mógł wejść na stronę, zobaczyć składy, zmiany, no i najważniejsze: wynik.
W 1999 albo 2000 roku „Gazeta Wyborcza” zapowiadała w swoim serwisie internetowym przełom: tekstowe relacje na żywo. Że są pierwsi w Internecie. Zadzwonił do mnie kolega: „Patrz co wypisują, weź tam ich prostuj”. Dali po kilku dniach sprostowanie, bo przecież ja już to robiłem od paru lat.
W latach 90-tych charakterystyczne dla stron internetowych były licznik odwiedzających i ogólnodostępne statystyki. Cieszyłem się, kiedy ten licznik przekraczał 400 osób dziennie. W wywiadzie dla „Naszej Legii” pochwaliłem się, że w meczu z Ruchem na stronie było 446 kibiców. Dzisiaj można się z tego śmiać, ale wtedy musiałem dokupić większy serwer. Znalazłem też amerykańską platformę, która załatwiała reklamy. Zarabiałem ok. 50 dolarów miesięcznie. Jedna z firm wysyłała to czekiem. Cztery tygodnie czekało się na kasę, a na końcu i tak bank zabierał jedną czwartą.

Pieniędzy wtedy w Internecie nie było. Mam sentyment do tamtych czasów, bo każdy tworzył swoją stronę z pasji, z chęci przekazywania informacji. Mateusz Miga robił stronę o Wiśle Kraków. Wojtek Dobrzyński zakładał LegiaLive. Nikt nie myślał na starcie, jak na tym można zarobić.
Temat zarabiania pojawił się dopiero w kolejnych latach. Oprócz hobbystycznego redagowania strony Legii, pracowałem robiąc komercyjne strony internetowe. Miałem jak na tamte czasy spory know-how. Poznałem też ludzi ze strony Valhalla.pl, pierwszego w Polsce serwisu o grach komputerowych. Stwierdziliśmy razem, że z każdym rokiem rynek internetowy rośnie i że trzeba wskakiwać na falę. Nie było w tym czasie żadnej poważnej strony o piłce, więc mocno ruszyliśmy z tematem. W maju 2000 roku uruchomiliśmy serwis Futbol.pl.
KRACH DOTCOMÓW
To były ciekawe czasy. Zaczynał się XXI wiek, każdy chciał być innowacyjny. Wystarczyło, że powiedziałeś coś o Internecie i już akcje pięciokrotnie szły w górę. Mogłeś być firmą sprzedającą np. meble, nagle poinformowałeś, że robisz zwrot w kierunku netu i boom do góry. Wielu ludzi zaczynało mieć wtedy stały dostęp do Internetu. Była już Neostrada. Myśleliśmy, że siedzimy na górze złota. Że jest dobrze, a zaraz będzie jeszcze lepiej. To jak na początku giełdy w latach 90., gdy wszyscy myśleli, że będzie tylko rosło.
Jak na tamte lata futbol.pl był pionierem. Mieliśmy newsy z pięciu topowych lig plus z ligi polskiej. Od początku chciałem, żebyśmy mocno stawiali na wyniki live. Na telefony wprowadziliśmy wersję WAP. Wydaje mi się, że szczyt osiągnęliśmy w 2001 roku. Mieliśmy biuro na Ochocie. Współpracowaliśmy też z Canal+, choćby przy Piłkarskich Oscarach, gdzie też wręczaliśmy swoją statuetkę. Na piłkarza 1999 roku głosowało ponad 11 tysięcy osób. Wygrał Adam Matysek, a partnerami w plebiscycie byli również „Wprost” i Polskie Radio Program 3. Był też czas, że współpracował z nami np. Tomek Smokowski. Zobacz, mam tu na mailu wszystkie jego zapowiedzi kolejek Ekstraklasy i ligi francuskiej.
Ogólnie myślałem, że to się będzie pięknie kręcić. I nagle na jesieni 2001 nastąpił krach „dotcomów”. Rozwaliło się wszystko. W Stanach pękła bańka spekulacyjna. Większość firm, które ochoczo dawały pieniądze, nagle wyparowały. Były i nie ma, z dnia na dzień. Do tego doszedł kiepski stan gospodarki kraju. Nagle jako twórcy nie mieliśmy kapitału, żeby coś robić. Były różne rozmowy, ale zakończyły się fiaskiem.

Pierwszy raz coś takiego przeżyłem. Jesteś w branży, w której każdego roku idziesz do góry. Zastanawiasz się tylko, czy wzrost będzie dwukrotny, czy pięciokrotny. I nagle bum. Firmy reklamowe, które kupiły u nas odsłony na dwa lata do przodu, nagle zniknęły. To mnie nauczyło, że czasem nawet jak jest dobrze, to w każdej chwili może coś pieprznąć.
Człowiek uczy się tego po pierwszych biznesach. Przede wszystkim, jak dobierać wspólników, że to bardzo istotne. W momencie, gdy mieliśmy propozycje od inwestorów, nie miałem wpływu na wybór oferty, zdecydowało głosowanie, a nie wspólna decyzja. To były czasy, że każdy musiał się szarpać. Z prozą biznesu i krachem nie wytrzymały również duże serwisy jak Ahoj, Gery, albo Arena. Z kurzu, który opadł, wyłonili się tylko nieliczni jak Onet czy WP. Futbol.pl padł w 2002 roku. Domenę kupił go jakiś dystrybutor filmów za 10 tysięcy złotych.
PERUWIAŃSKIE S-13
W międzyczasie zastanawiałem się, jak można coś podobnego odtworzyć. W kolejnym roku lekko zmienił się klimat, ale już wtedy wiedziałem, że newsy tak naprawdę nie są potrzebne. To znaczy nadal są istotne, ale zrobiła się duża konkurencja, powstawały strony internetowe mediów tradycyjnych, coraz lepsze strony klubowe, aż stwierdziłem, że trzeba pójść w wyniki na żywo.
Razem z byłym redaktorem naczelnym sportu w Ahoj, Sebastianem Góreckim, stworzyliśmy serwis Futbol24.com. Ówczesne serwisy livescore oferowały europejskie ligi (15-20 lig), głównie zachodnie. My zaczęliśmy podawać wyniki z całego świata, łącznie z egzotycznymi ligami, których nikt nie miał. Przez pierwsze lata serwis działał jako hobby, tworzyliśmy go sami wraz z kilkoma fanatykami piłkarskimi z różnych krajów.
Prowadziłem też wtedy agencję reklamową, z której zrezygnowałem widząc potencjał rosnącego Futbol24.com. Nagle co chwilę ktoś pytał o reklamy. Tworzyliśmy dobry zespół ludzi, którzy wiedzieli, gdzie dotrzeć do źródeł danych lig: jakie strony odświeżać, jakie fora śledzić albo jak słuchać np. peruwiańskiego S-13. Kiedyś przez radio zbieraliśmy wyniki z Urugwaju i nagle zabawna sytuacja, bo my czekaliśmy na rezultaty od nich, a oni na komputerach mieli otwartą naszą stronę. Słychać było charakterystyczny dla nas dźwięk padających goli.
Powoli to wszystko budowaliśmy. Dzisiaj mamy sprawny portal, który w momencie Ligi Mistrzów o 21:00 generuje taki skok, że już trzy firmy obsługujące ruch powiedziały mi, że nie są w stanie tego obsłużyć. Dopiero Holendrzy to udźwignęli. W jednej chwili, w trakcie typowej piłkarskiej soboty czy środowego wieczoru, mamy ponad ćwierć miliona aktywnych sesji.
Tak właśnie rozwinął się Internet. Od 446 osób na stronie Legii do ćwierć miliona globalnej publiki, która chce wiedzieć, kto właśnie strzelił gola. Zaskoczony jestem szczególnie tym, jak szybko rośnie Afryka. Dziesięć lat temu praktycznie jej u nas nie było. W top 50 krajów, z których mamy użytkowników czasem znalazła się Nigeria, Ghana, może Kenia. Dziś wszystkie trzy są w pierwszej piętnastce. To pokazuje jak szybki i wielki nastąpił tam rozwój technologiczny. Globalizacja sprawiła, że w Afryce w TV ludzie w kółko oglądają Manchester United, Real, Barcelona, Liverpool czy Chelsea. Szukają wyników topowych lig. Dla nas początkowo nie była to dobra informacja. Dostajesz ruch, który generuje koszty, źle wygląda na prezentacjach i nijak przekłada się na reklamy. Dopiero niedawno zaczęły pojawiać reklamy afrykańskich firm i bukmacherów. Niektóre kluby Premier League, jak Everton, zaczynają być przez nich sponsorowane.
KRUCZKI ERDOGANA
U nas najwięcej wejść zawsze było z Niemiec czy Włoch, długo w czołówce była Turcja. W pewnym momencie Erdogan chciał zablokować wszystkich zagranicznych buków. Nawet nasza strona została zablokowana, chociaż żadnym bukiem nie jesteśmy. Z dnia na dzień zniknął nam ogromny ruch. Ale któregoś dnia patrzymy, a z 40. miejsca na 3. awansował Azerbejdżan. Turcy zainstalowali sobie azerskie VPN i w ten sposób dalej mogli śledzić wyniki na żywo. Jak widać, Internetu nie da się zablokować.
Często dostajemy maile od użytkowników, że przegrali przez nas pieniądze, bo bukmacher nie rozliczył im zakładu. U nas na stronie mamy, że gol padł w 75. minucie, a on obstawił, że padnie w przedziale 76-90. Myślę: no dobra, ale co nam do tego? Okazuje się, że niektórzy bukmacherzy rozliczają zakłady według danych z Futbol24 bez naszej wiedzy.
W tej chwili miesięcznie odwiedza nas 5 milionów ludzi, a drugie tyle korzysta z naszych aplikacji na telefon. Ogarniamy to w 30 osób, pochodzących z różnych krajów, niektórzy są z nami od wielu lat. Kiedyś zgłosili się chcąc pomagać za 200-300 zł w nowym projekcie, a dzisiaj mają pracę full-time na bardzo dobrych warunkach.
Długo byliśmy firmą „w garażu”. W zasadzie dalej jesteśmy, bo nie potrzebujemy stacjonarnego biura. Przykładowo ja prowadziłem firmę przez wiele miesięcy z USA czy Argentyny, a mój wspólnik od 2003 zdążył się przeprowadzić na Maltę, do Singapuru, znów na Maltę, a obecnie mieszka w Dubaju.
Na Legię chodzę rzadko. Strony trzeba pilnować. Poza tym jest też rodzina. Skończyła się szeroko pojęta działalność towarzyska. Nawet na czytanie stron piłkarskich nie za bardzo mam czas. Zresztą wydaje mi się, że dzisiaj wszystko poszło w kierunku mediów społecznościowych. Tam toczy się internetowe życie i jak chcesz się przedostać przez gąszcz informacji, to szybciej to zrobisz przez obserwowanie wyselekcjonowanych ludzi, by czytać to, co sprawdzone i odpowiedniej jakości. Właśnie ta masówka i wszechobecny, wątpliwej jakości kontent, najbardziej irytuje w dzisiejszym Internecie.