Przesłuchaliśmy „ROMANTICPSYCHO”. To niespodziewany hołd dla głębokiego undergroundu

Zobacz również:2020 najgorszym rokiem ever? Dla tych polskich raperów, raperek i producentów jest wyjątkowo dobry
Quebo-1.jpg

Gigant polskiego rapu nagrał krążek, do którego mało kto będzie wracał jak najęty. Trzeba jednak przyznać, że to, co w nim ułomne z perspektywy obecnego kształtu branży, jest zarazem intrygujące - jeśli ma się odrobioną lekcję z historii polskiego podziemia i dalszych losów gospodarza.

Wydaje się, że całe środowisko rapowe tylko czeka, aż Quebo wrzuci na swoje profile w mediach społecznościowych fotkę z dopiskiem: To było prowo, teraz kurwa lecę jak berserker, po czym udostępni link do rzekomego właściwego albumu.

Nie ma co się pieprzyć w tańcu: 99,9% słuchaczy skreśliło ROMANTICPSYCHO na starcie, stwierdzając, że to przystawka, a nie danie główne. Kto wie, może faktycznie kolejny materiał już się zbliża, już puka do naszych drzwi – a może wcale nie, bo to przecież wróżenie z fusów, choć podlewane pojawiającymi się doniesieniami o zdublowanych komunikatach z firmy kurierskiej.

Co by się jednak nie stało (lub też stało) warto zatrzymać się na chwilę przy dopiero co wydanej płycie, niesłusznie traktowanej jak błąd w systemie. Drugiej takiej już raczej nie znajdziecie, choć brzmi jak tysiąc innych. Tysiąc innych, przez które nasze uszy krwawiły w forumkowych czasach, o ile mieliśmy w sobie dość zaparcia, by sprawdzać wszystko, co wychodziło w polskim drugim, trzecim i czwartym obiegu.

1
Serce bije w rytm

Kozetka. Psychoanalityk zadaje kolejne pytania, a gdy jego zlękniony rozmówca wchodzi w dygresję i znowu zaczyna mówić o sobie, przerywa mu raptownie i każe szybko wrócić do głównego wątku. W końcu spotkali się, by porozmawiać nie o nim samym, lecz jego dryfujących w niepokojącym kierunku uczuciach względem kobiety, prawda? Cóż, gdybym był mało taktowny, to powiedziałbym, że gówno prawda, ale z uwagi na powagę sytuacji poprzestanę na stwierdzeniu: skądże znowu.

Pierwsze trzy utwory, jakie znalazły się na płycie, skrzętnie wprowadzają słuchacza w błąd, choć prośba o puszczenie bitu czy nawinięcie wersów o końcu miłości wraz z wypuszczeniem ostatniego nielegala powinny zapalić każdemu w głowie czerwoną lampkę. Chodzi bowiem nie o partnerkę, lecz rap. To pierwszy, ale nieostatni moment, w którym Quebo sięga po rapowy topos – w tym przypadku ukrycie muzyki pod postacią kobiety – by go zgrabnie ograć na własny użytek. Wspomniana już trójca stopniuje napięcie; najpierw zdiagnozowanie problemów, później gorzki autoanalityczny przelot przez wieloletnie sprawy osobiste, a na koniec jeszcze cięższe działo w postaci krytyki sceny i jej naturalnych przyległości oraz fanowskiej roszczeniowości. Ostatnia część jest jednak połączona z optymizmem, bo przecież istotą rzeczy jest rapowanie w swojej najczystszej postaci, bez nadętej i wysysającej energię otoczki. Tyle, że surowości już nie ma. Co więc można zrobić? Jeśli hołduje się zasadzie: czym się strułeś, tym się lecz, wybór wydaje się ze wszech miar oczywisty.

2
Oda do chałupniczości

Zwalisty, miarowy bit, za który odpowiada Mr Krime. Nastrojowy, wspomagany sentymentalnym wokalem Natalii Szroeder podkład FORXST-a. Wreszcie wwiercająca się w głowę bomba od patr00, duchowa spadkobierczyni idei Lavoholics... Rozstrzygnięcie, czy po tych trzech trackach gospodarz stawia kropkę, czy też może przecinek, śmiało mogłoby stać się przyczynkiem do akademickiej dyskusji. Mnie bliżej do opcji numer dwa, tej zdecydowanie romantyczniejszej. Gdyby w ten właśnie sposób odczytywać początek, mielibyśmy do czynienia z ciekawym twistem – oto członek Ortegi Cartel, niekwestionowanej legendy polskiego undergroundu, otwiera Quebonafide drzwi do DeLoreana i bum, po chwili lądujemy wszyscy w odmętach 00's. To byłoby wyjątkowo cwane mrugnięcie okiem, czytelne dla kumatych.

Wiadomo, mowa o interpretacji obarczonej ewentualnym błędem, ale zmiana stylistyki jest słyszalna gołym uchem. Pieczołowicie zaaranżowane produkcje ustępują miejsca, co tu kryć, zbieraninie bitów bez ładu i składu. Normalnie powiedziałbym, że producent wykonawczy spędził swoje godziny na kanapie, oddając się w objęcia wielodniowej libacji, lecz paradoksalnie wszystko składa się do kupy. A to dlatego, że nie bity są tu najważniejsze, tylko wpisanie ich w szerszy kontekst.

Trzeba zdawać sobie sprawę, że w pierwszej dekadzie XX wieku, czyli wtedy, gdy Quebo startował z nagrywkami, możliwości były dość ograniczone – a już szczególnie w underze. 15 kawałków odwołuje się wprost do czasów, w których świeży entuzjasta rapowania musiał być domorosłym McGyverem i zarazem zbieraczem. Zarejestrowanie tracku wiązało się częściej niż obecnie z wysiadywaniem godzin w pokojach wygłuszonych wytłaczankami po jajkach, ogarnięcie sensownego mixu i masteru było nie lada wyzwaniem, a zdobycie autorskiego, jakościowego i jeszcze na dokładkę fitującego podkładu mogło być wręcz niemożliwe, więc nie chcąc wspomagać się instrumentalami, brało się nawet wyjątkowe, stworzone naprędce niedoróbki i toczyło nierówną walkę na żywym organizmie. DIY w czasach niedoboru, który rzadko dawał helikopter, bo zbudowanie takiego ze sznurka i patyka to cud do potęgi n-tej.

Bez cienia wątpliwości: miało być koślawo i wyszło koślawo. Można więc powiedzieć, że jest to swego rodzaju sukces, bo zrobienie czegoś świadomie złego zazwyczaj daje kuriozalny rezultat.

3
Od urodzenia duma z pochodzenia i myśl uwolniona

Czy to zapis realnych pierwocin? Nie do końca, ale z pewnością sprawna wariacja na temat przeszłości, która u tabunów MC, później z trudem walczących o przebicie się na zabetonowanym rynku, wyglądała właśnie tak. Siłą rzeczy w prowizorycznych początku duże znaczenie odgrywa również twoje najbliższe muzyczno-przyjacielskie grono. Pociągnie cię na dno, mówiąc, żebyś dał sobie spokój, czy może stwierdzi, że wyszło kiepsko, ale trening czyni mistrza, o ile przejawiasz choć odrobinę talentu? Wygląda na to, że Quebo doświadczył tej drugiego, bo ciechanowskie featy ścielą się na ROMANTICPSYCHO często, gęsto.

Nie będę ściemniać – te obustronnie tribute'owe gościnki dobrze działają wyłącznie w konwencji, która nie jest prześmiewcza, tylko wspominkowa, do tego momentami brzmiąca jak nagranie z kamery, która podgląda pracę raperów w studiu. Gdyby je z niej wyjąć, najpewniej ich braki uwidoczniłyby się w pół sekundy, inaczej niż autoironiczne partie Taco, Kukona czy Maty (vel Parisa Platynova, pozdrowienia dla takiego jednego portalu). W tym konkretnym ekosystemie, napędzane przyjemnością tworzenia, mają swoje znaczenie także dlatego, że Que celowo dokonuje downgrade'u, wracając nawet nie do czasów Yochimu, lecz lat jeszcze wcześniejszych. Najważniejszą cechą jego stylizowanego warsztatu staje się freestyle'owość, tak w wersach kleconych jakby na poczekaniu, jak i mocno autotematycznym, wolnostylowym sposobie przewijania kolejnych linii. Ba, w przynajmniej kilku trackach można odnieść wrażenie, że pomysł na nie brzmiał: ja rzucam temat, a potem sobie ponawijamy.

4
Zatrzęsienie underapowych toposów

Każdemu, kto dobre 15 lat temu albo i lepiej śledził polską scenę rapową, większość tych rzeczy wyda się oczywista, choć żadna z nich obecnie oczywista nie jest. Kobieta-rap została już wzięta pod lupę, przyszła więc pora, by powiedzieć o reszcie z nutką nostalgii. Takie partie jak pociesznie nieudolne skreczowanie ustami z Kurde najs, zapis rozmowy telefonicznej ziomka nagrywającego zwrotę z 11 Pułku, a nawet kanonada odwróconych, insiderskich propsów z Outro wraz z fastnickiem w creditsach – wszystko to mogliśmy znaleźć na EP-kach i LP-kach pobieranych z Sendspace'ów i Rapidshare'ów lub w ogóle enigmatycznych, postawionych przez samych autorów hostingów.

Wrażenie podziemności, sytuującej się gdzieś w pobliżu dna Rowu Mariańskiego, potęguje gwóźdź programu, czyli parcie na wcieleniówkę nazywane także kalkowaniem, za które niegdyś dostawało się od słuchaczy po głowie. Spiel des Jahres to w prostej linii przetwórstwo związane z ZIP Składem, z bitem brzmiącym jak niezrealizowana wizja odświeżenia stylówy WWO, quasi-trapowe Pieniążki łączą w jedno Synów, Belmondziaka i jeszcze Oskara, Nie rozumie, nie rozumuje próbuje underu intelektualnego, z wgranym patosem i zadęciem, Frustracja wypada moleściakowo i z charakterystycznym dopowiadaniem, Jeep wjeżdża w motywacyjne, nieznośne pianko-forte... Dekonspirowanie tych licznych smaczków to czysty fun, tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę, że przez Yochimu na featach przemknął niepostrzeżenie niemal cały polski drugi (?) obieg.

Na koniec wypada wspomnieć o czymś, w czym prawdopodobnie tkwi klucz do skumania, o co tu właściwie chodzi. Linijka pozdrawiająca Kaabana ze Ślizgu to 10/10 w skali kto ma wiedzieć, ten wie i wyraźny sygnał, że zbytnia wczuta, bez wytrychów interpretacyjnych, to droga donikąd. Poleca się loośne gatki, niekoniecznie z kreską.

Podziel się lub zapisz
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.