Ciężkie jest życie drillowego rapera. O tym, jak Wielka Brytania knebluje swoich obywateli

skengdo am.jpg
fot. archiwum zespołu

Ilekroć słyszę o tym, że w Polsce nie ma wolności słowa, a teksty piosenek zostają wykorzystane jako materiał dowodowy w sprawie sądowej, moje myśli same zmierzają w kierunku Wielkiej Brytanii. Nie ma bowiem na świecie państwa, które nie jest nazywane totalitarnym i jednocześnie tak uporczywie walczy z artystyczną ekspresją swoich mieszkańców.

17 stycznia 2020 roku Terrell Doyley i Joshua Malinga zostali skazani na 9 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Obaj są ledwie 21-letnimi wychowankami problematycznej londyńskiej dzielnicy Brixton, dlatego jak ulał wpisują się w pęczniejące z dnia na dzień policyjne statystyki i stereotypowe widzenie młodych ludzi z kolorowych społeczności, określanych eufemistycznie jako underprivillaged. Jak setki czy wręcz tysiące osób im podobnych, wyrok usłyszeli w związku ze złamaniem gang injunction czyli brytyjskiej formy dozoru kuratorskiego. Opiera się on zwykle na zakazie zbliżania się do pewnych miejsc czy wykonywania konkretnych czynności, a jest nakładany na ludzi podejrzanych o przynależność do gangów.

W tym konkretnym wypadku ów zakaz nie dotyczył jednak chodzenia do baru, w którym zdarzały się burdy, czy prób kontaktu z ofiarami przemocy, a... wykonywania na żywo kilku konkretnych rapowych numerów, których skazani Doyley i Malinga są autorami. To bowiem Skengdo i AM z (nie)sławnej drillowej ekipy 410, a ich proces - zdaniem szeregu fundacji monitorujących przypadki łamania wolności słowa - stanowi niebezpieczny precedens w długiej i bogatej historii napięć pomiędzy brytyjskimi organami ścigania, a tamtejszą niezależną sceną muzyczną. Po raz pierwszy w historii tego demokratycznego, wolnego państwa ktoś został właśnie skazany na więzienie za… śpiewanie piosenki.

Lata 90.: rave i naloty policji na klubowe imprezy

O ile bowiem dzieje brytyjskiej, pirackiej radiofonii wynikały w ogromnej mierze z walki o ową niezależność i są tematem na zupełnie inny tekst, o tyle losy tamtejszej muzyki (około)klubowej pełne są przypadków, w których angielski aparat bezpieczeństwa próbował wywierać bezpośredni wpływ na swoich twórczych podopiecznych. Wprowadzony w 1994 roku Criminal Justice and Public Order Act zakazywał między innymi zbierania się wokół głośników, z których leciały całkiem bądź w przeważającej mierze repetytywne bity. Jak większość tego typu działań, pisana pod naciskiem tabloidowych mediów ustawa była wynikiem nagonki na społeczność raverów, którzy w tamtym czasie przeżywali swoje własne, post-hipisowskie lato miłości. W obliczu zagrożenia, rzeczone środowiska bardzo prędko wykazały się nie lada sprytem i zaczęły tworzyć nagrania, które wymykały się tej definicji, a jednocześnie spełniały parkietowe potrzeby tłumu - jak choćby kanoniczny już Flutter Autechre, na który składa się 65 różnych patentów rytmicznych.

Crowd with lights Megatripolis London UK 1990's
Getty Images

Zdarzały się nawet sytuacje, w których na imprezie był obecny wynajęty muzykolog - w przypadku policyjnego nalotu mógł zaświadczyć o tym, że grane utwory nie są całkiem bądź w przeważającej mierze repetytywne. Legitymowanie, przeszukiwanie, pedantyczne egzekwowanie każdego możliwego przepisu i pokazy siły w pełnym rynsztunku bojowym doprowadziły w końcu do tego, że nad scenę nadeszła chłodna i nieprzyjazna jesień. Całe to porzucone pokolenie rozpierzchło się na różne strony. Część zaczęła robić kariery, część poszła do regularnej roboty, a część schroniła się w lasach, gdzie do dziś urządzają nielegalne technivale. Na taką skalę, jak we wczesnych latach 90., zjawisko to nigdy już jednak nie zaistniało, co Michael Howard - pomysłodawca tej ustawy i ówczesny lider Partii Konserwatywnej - uznał zapewne za swoje osobiste zwycięstwo.

00's.: grime podwyższonego ryzyka

Kolejnym gatunkiem, który znalazł się pod policyjnym ostrzałem, a promujące go imprezy czy koncerty zyskały status wydarzeń podwyższonego ryzyka, był zrodzony na początku nowego millenium grime. Nurt ten wybuchł za sprawą błyskawicznie rozpędzających się karier Dizzee’ego Rascala, Wileya i Kano, żeby dosłownie po kilku latach znów wrócić do głębokiego podziemia. I o ile spory wpływ na taki obrót spraw miała na pewno szybka komercjalizacja gatunku i zawiedzione oczekiwania bloków, o tyle pewną rolę w tej kwestii odegrało również długie (i zdeformowane) ramię sprawiedliwości. Surowe i agresywne brzmienie tego brytyjskiego, rapowego bękarta znalazło swoje wykoślawione odbicie na łamach bulwarówek, które prześcigały się w barwnych opisach tego, jak wiele noży i pistoletów znoszą na swoje imprezy reprezentanci i odbiorcy grime’u. Co bardzo celnie podsumował JME w numerze Serious: rymując: Jus 'coz we come from the gutter / We know about scraping the bottom of the butter / Don't mean we have to be sinners / Major labels don't want killers / Think - who's gonna sign a guy with a shank? / Or a guy with a nine mil?

To było zupełnie niezrozumiałe dla ludzi obserwujących całe zjawisko z bezpiecznych zapleczy swoich mieszczańskich apartamentów. I znów podjudzana przez medialne doniesienia, brytyjska policja stanęła na wysokości zadania i zaczęła walczyć z tym jakże przecież dojmującym problemem społecznym. A bunch of young men all dressed in black dancing extremely aggressively on stage - jak brzmi cytat wykorzystany w dużo późniejszym, hymnicznym Shutdown Skepty - to przecież zagrożenie dla bezpieczeństwa państwowego, do którego najlepiej wezwać MI6. Głównym narzędziem represjonowania środowiska było wówczas zamykanie imprez na godzinę przed ich startem. Zamiast zgłosić swoje wątpliwości organizatorom w momencie ogłoszenia danego wydarzenia, policja spokojnie czekała na moment w którym ulotki i plakaty będą już wydrukowane i rozwieszone, bilety sprzedane, artyści zabookowani, a soundsystem wynajęty. Dopiero wtedy funkcjonariusze pojawiali się w klubie z nakazem odwołania całego przedsięwzięcia. Organizatorzy ponosili więc dojmujące straty finansowe, publiczność wkurzała się na to, że nie może zobaczyć swoich ulubionych MC’s na żywo, a na lokalnych komisariatach świętowano skuteczność tego misternie ułożonego planu.

I choć grime po kilku latach odrodził się, by wrócić ze zdwojoną siłą na listy przebojów i czerwone dywany Wielkiej Brytanii, to nagonka na ten gatunek obnażyła jeszcze jedno ciemne oblicze angielskiego aparatu bezpieczeństwa. Policyjne profilowanie czyli typowanie osób, które prawdopodobnie mogą popełnić przestępstwo, w sporej mierze oparte jest na pochodzeniu etnicznym i kolorze skóry. Mechanizm dobrze znany z czasów, w których znienawidzony przez środowisko rapowe burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani wyczyścił swoje miasto, stosując politykę zero tolerancji, znajduje niestety swoje odzwierciedlenie również w tym, które gatunki są brane na celownik przez wyspiarską policję.

Memorial Held For Rap Artist, Bis, Fatally Stabbed In Deptford
Hollie Adams/Getty Images

Żadne statystyki nie potwierdzają bowiem tego, że grime’owe imprezy były kiedykolwiek bardziej niebezpieczne niż choćby te britpopowe. Wskaźniki rozbitych komuś na łbie szklanek i wyciąganych zza pazuchy noży - które to obie dyscypliny można by wręcz nazwać angielskimi sportami narodowymi - są natomiast dużo wyższe podczas randomowych nasiadówek w pubach niż na koncertach, na których ochrona jest zwykle czujniejsza, a sprawdzanie uczestników na wejściu bardziej drobiazgowe. I choć dane dotyczące przestępczości na terenach zamieszkałych przez wymieszane etnicznie społeczności określane jako underprivillaged są wyższe niż w dobrych dzielnicach Londynu, to nie sposób znaleźć jakiekolwiek przełożenie takiego stanu rzeczy na same imprezy. Brixton, Tottenham czy Kennington to nie tylko miejsca targane biedą, bezrobociem i - idącą zwykle z nimi w parze - patologią, ale również obszary obfitujące w ogromne pokłady kreatywności.

Z nożem na drill

To właśnie te trzy dzielnice wyspiarskiej stolicy są uznawane za matecznik tamtejszego drillu - zainspirowanej przez chicagowski trapowy nurt formy hybrydowej, która najlepiej opowiada o aktualnych bolączkach społecznych Wielkiej Brytanii. I jednocześnie jest przez tamtejsze media postrzegana jako największe zagrożenie dla podwładnych królowej. Nieporównywalnie trudniej jest bowiem mówić o prawdziwych powodach zupełnie przerażającej ilości knife crimes, które zbierają swe żniwo na angielskich ulicach, niż oskarżyć o nie ludzi, którzy w swoich wersach zdają pierwszoosobowe relacje z tego tragicznego pola bitwy. Dużo łatwiej i szybciej można wskazać palcem tych zamaskowanych wychowanków bloków i przypisać im odpowiedzialność za taki stan rzeczy, niż dyskutować o dysfunkcyjnym systemie ekonomicznym, kulejącej edukacji i galopującej gentryfikacji. Zamiast znajdować powody i szukać rozwiązań dla wszystkich tych socjalnych problemów, można przecież wziąć na celownik grupę młodych ludzi ubranych całych na czarno, tańczących niesamowicie agresywnie na scenie i powiedzieć - to oni są wszystkiemu winni. Tym prościej jest to natomiast zrobić, kiedy jest się szukającą sensacji, tanią bulwarówką.

Nieustannie zaskakuje mnie to, że dopiero kiedy nasza muzyka staje się popularna, to raczycie o nas napisać w swojej gównianej gazetce. Choć czarne dzieciaki giną co chwilę, to nigdy nie chcecie o tym nawet napomknąć, dopóki nie wymyślicie jakiejś ch**owej historyjki o tym, kto na tym zarabia. I nagle wtedy, niespodzianka - dalej nie piszecie o tym, że któryś dzieciak stracił życie, tylko, że odpowiedzialny za to jest DJ - równie celnie, jak dobitnie podejście brytyjskich tabloidów podsumował swego czasu Giggs na swoim Instagramie. Zrobił to w odpowiedzi na sensacyjny artykuł o UK drillu w The Sun. A że tego typu doniesień pojawiło się w przeciągu minionych lat co niemiara, brytyjska policja znów zakasała rękawy i wzięła się do roboty.

Na pierwszy ogień poszły prośby wystosowywane do YouTube’a, a dotyczące zdejmowania drillowych klipów, do których streamingowy gigant naginał się do zeszłego roku, co rusz usuwając ten nawołujący do nienawiści content. I choć środowisko radziło sobie z tymi niedogodnościami na szereg sposobów, włącznie z korzystaniem z platformy… PornHub, to straty finansowe, które ponieśli wówczas raperzy na cenzurowanym, są trudne do policzenia. Innym sposobem walki z tym problemem społecznym jest wspomniana już na początku tekstu instytucja gang injunction czy też ASBO (Anti-Social Behaviour Order), którym został objęty m.in. MC znany wtedy jako Skribz. Jako, że otrzymał on dwuletni zakaz rapowania, ukrył wówczas swoje oblicze za maską, przyjął nowy alias - LD, po czym został… jedną z największych gwiazd gatunku. Szereg różnych obostrzeń nakładanych odpaństwowo na drillowców dotyczy również rapowania o kodach pocztowych, o które toczą wojny lokalne gangi, składania na komisariatach tekstów przyszłych numerów przed ich publikacją w celu zatwierdzenia, a także wykonywania konkretnych numerów na żywo.

Muzyka łagodzi obyczaje?

I tu wracamy do sprawy Skengdo i AM’a, którzy podczas koncertu w londyńskim Koko wykonali utwór Attempted 1.0 przed blisko półtoratysięczną publicznością, za co miesiąc później zostali skazani na 9 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata. Ta pierwszoosobowa relacja z wojny toczonej na ulicach Londynu przez zwaśnione gangi pełna jest wersów ostrych jak noże, z którymi latają tamtejsi małoletni żołnierze. I choć zapewne mogłaby ona kogoś niestabilnego psychicznie skłonić do sięgnięcia po broń białą i wyjścia na ulice, to kierując się podobną logiką, powinniśmy zakazać wyświetlania filmów dokumentalnych dotyczących przemysłu narkotykowego, czy też zorganizowanej przestępczości - których szczególnie w czasach platform streamingowych powstaje co niemiara. Przecież stanowią one gotowy know how służący rozkręcaniu własnego kryminalnego imperium. Tego typu myślenie oparte jest jednak tylko i wyłącznie na przypuszczeniach i bardziej lub mniej prawdopodobnych scenariuszach prewencyjnych. Fakty natomiast są takie: UK drill - podobnie jak właściwie każdy inny oddolny gatunek zrodzony w biednych i pokaleczonych społecznościach - tworzy sporą ilość nowych miejsc pracy, stanowi bezpieczną dla postronnych odskocznię od kryminalnego życia, a co bardziej utalentowanym reprezentantom pozwala wydostać się z getta, z którego jedyne wyjścia prowadzą zwykle do kryminału bądź na cmentarz. Kiedy bowiem kariera napiera, każdy wychowanek tych nędznych ulic staje przed pytaniem: co wybrać, życie przestępcy czy artysty estradowego? Jak bowiem pokazuje historia muzyki rozrywkowej - obu tych dyscyplin połączyć się nie da.

I come a long way from broke days / I got to work and fix it - to dwa wersy kończące zwrotkę Headie One’a w hitowym utworze Ain’t It Different. W poprzednich nawija o swoich licznych odsiadkach i konfliktach z prawem. I nie ma chyba lepszego podsumowania tego, że muzyka sprawdza się w resocjalizacji często lepiej niż różne formy dozoru kuratorskiego czy zamknięcia. Muzyka, która jak żadna inna forma wyrazu artystycznego jest w pełni demokratyczna i pozwala się wypowiedzieć każdemu, bez względu na jego status materialny, pochodzenie, kolor skóry czy pozycję w społeczeństwie. Muzyka, która pomimo różnych zakusów organów ścigania zawsze wymyka się długiemu ramieniu sprawiedliwości i zdaje nagłe, osobiste relacje z wszelkich socjalnych, ekonomicznych i urbanistycznych napięć, elektryzujących ludzkie skupiska tego świata. Muzyka, która służy niekiedy za nóż wbijany w bezpieczne, niewzruszone status quo brytyjskiego mieszczaństwa, kryjącego się za swoimi perfekcyjnie przystrzyżonymi żywopłotami. I choć - a może właśnie dlatego, że - podwładni królowej cały czas próbują ją regulować, cenzurować czy wręcz kneblować, to właśnie w Zjednoczonym Królestwie jest ona silniejsza, donośniejsza i bardziej kreatywna niż w większości innych miejsc świata.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz muzyczny, kompendium wiedzy na tematy wszelakie. Poza tym muzyk, słuchacz i pasjonat, który swoimi fascynacjami muzycznymi dzieli się na antenie newonce.radio w audycji ZA DALEKI ODLOT w co drugi czwartek od północy.