Hipisi, jazzmani, LSD i... FBI. Krótka historia związków psychodelików i polityki

Zobacz również:Jan-rapowanie: słoneczna nostalgia (ROZMOWA)
Psychedelic Hippies outside UFO, Psychedelic club, London, UK, 1967
fot. PYMCA

Specjalnie dla newonce o związkach środków psychodelicznych i polityki pisze socjolog Mirosław Pęczak, współpracownik m.in. tygodnika Polityka.

Więcej o renesensie psychodelików przeczytacie w najnowszym, siódmym już numerze magazynu newonce.paper, który możecie kupić tutaj.

Substancje psychoaktywne wywołujące tak zwane odmienne stany świadomości towarzyszą ludzkości od jej zarania, ale ich historia polityczna jest niedługa, z początkami sięgającymi okresu tuż po II wojnie światowej. Wcześniej w Europie i w Ameryce w XIX i XX stuleciu ich stosowanie bywało traktowane rozmaicie: niektórym artystom otwierały trzecie oko, zwykli ludzie rzadko cokolwiek o nich wiedzieli, antropologowie łączyli je z rytuałami kultur obcych, na przykład indiańskich, zaś władze polityczne i podległe im aparaty represji raczej się nimi nie interesowały, chyba że – jak palenie opium w paryskich spelunkach w czasach dojrzałego Słowackiego i młodego Baudelaire’a – stanowiły atrybut ekstrawaganckich moralnie, więc podatnych na policyjny szantaż środowisk dandysowskich.

Wojenny wstrząs lat 1939-1945 wywołał albo przynajmniej radykalnie zdynamizował zmiany w różnych obszarach życia społecznego cywilizacji zachodniej. Pojawiły się nowe pomysły w teorii i praktyce organizacji, w wychowaniu dzieci, funkcjonowaniu instytucji edukacyjnych, w środkach przekazu i szeroko pojmowanym przemyśle rozrywkowym. Nastąpił też kryzys w relacjach międzypokoleniowych, który potem będzie się tylko pogłębiał. Nawet w przeżywającej powojenną prosperity Ameryce dała się odczuć erozja tradycyjnego systemu wartości kultywowanego niemal od czasów pionierskich przez białą klasę średnią. Niewątpliwie czynnikiem wzmacniającym ową erozję była rodząca się właśnie kultura młodzieżowa i nowe zjawisko młodzieżowej subkulturowości. Okazało się, że młodzi nie patrzą już bezkrytycznie na wzorce podsuwane przez rodziców, szkołę i konserwatywnych polityków, nawet bohaterstwo wykazane na wojnie z Niemcami nie impregnowało na krytykę.

W późnych latach 40. nowojorskie kluby muzyczne opanowała nowa odmiana jazzu – bebop. Grający go czarni artyści tacy jak Charlie Parker, Thelonius Monk, Dizzy Gillespie i debiutujący wśród nich Miles Davis zaczęli fascynować także białą młodą publikę, na której duże wrażenie robiła nie tylko muzyka daleka od tanecznego swingu popularyzowanego przez Orkiestrę Glenna Millera czy przedwojenne bigbandy, ale też styl życia samych muzyków (boppersów) – bardzo cyganeryjny, sprawiający wrażenie wyzbytego jakichkolwiek ograniczeń obyczajowych, tak ważnych dla purytańskiego rdzenia białej anglosaskiej Ameryki. Nikogo nie dziwiło rutynowe niemal palenie marihuany i haszyszu, a nawet używanie i nadużywanie heroiny. Wkrótce owych białych bywalców klubowych koncertów, wykazujących się podobną otwartością na narkotyki jak ich czarni muzyczni idole zaczęto nazywać hipsterami, potem bitnikami, zaś w 1957 r. głośny reportażysta Norman Mailer opublikuje w magazynie Dissent esej White Negro, analizujący fenomen zapatrzonych w czarną kulturę potomków dobrze prosperującej białej klasy średniej, w którym to eseju połączy gest odrzucenia tzw. wartości amerykańskich z fascynacją marksizmem, francuskim egzystencjalizmem, kulturową egzotyką i skłonnościami do eksperymentów psychodelicznych.

Analizowana przez Mailera postawa stanowiła jawne zaprzeczenie figury dobrego, dumnego ze swego kraju obywatela Ameryki i była nader wyrazistą zapowiedzią tego wszystkiego, co przyniosą lata 60. i co zostanie objęte nazwą kontrkultura. Tak czy inaczej protoplaści hipisów, czyli hipsterzy zwani później bitnikami (słówko „beatnik” pochodzi od wyrażenia beat generation – przegrane, pobite pokolenie – którego autorstwo przypisuje się pisarzowi Jackowi Keruacowi) czuli się faktycznie white negros, bo prześladowała ich policja, wyśmiewali ich konserwatywni dziennikarze, nie akceptowali rozczarowani rodzice i zrozumienie zyskiwali wyłącznie we własnej subkulturze, no może jeszcze w środowisku anarchizujących bohem Nowego Jorku czy San Francisco. Swoją drogą to właśnie kalifornijskie San Francisco stało się najpierw wylęgarnią bitników (tutaj powstała grupa poetycka San Francisco Rennaisssance z Kennethem Rexrothem, Lawrencem Ferlinghettim, Allenem Ginsbergiem, czyli starszymi braćmi hipisów), a później nieformalną stolicą amerykańskiego rocka psychodelicznego, by w końcówce lat 60., głównie za sprawą dzielnicy Haight-Ashbury uchodzącej za kolebkę ruchu hipisowskiego, zyskać sławę głównego punktu na mapie światowej kontrkultury.

Dancing in Psychedelic Light
fot. Ted Streshinsky Getty Images

Ci dawni, historyczni hipsterzy szybko zaczęli być uważani za świadomych lub przypadkowych pomagierów politycznych wrogów Ameryki, zaś ich predylekcja do używania innych niż alkohol substancji psychoaktywnych stała się ważnym komponentem ich społecznego nieprzystosowania. Wojna kulturowa, skoncentrowana wcześniej na społecznych skutkach gwałtowanego uprzemysłowienia i urbanizacji, zwłaszcza takich jak emancypacja kobiet, równouprawnienie Afroamerykanów i Indian, nadużywaniu alkoholu, cenzura obyczajowa wydawnictw i spektakli, zaczęła obejmować stosunek do psychodelików. Konserwatywni politycy, tacy choćby jak wszechwładny szef FBI John Edgar Hoover, byli zdecydowanie za penalizacją zarówno naturalnych, jak i syntetycznych psychodelików, w tym marihuany. Tymczasem w 1954 r. ukazał się słynny esej angielskiego pisarza Aldousa Huxleya Drzwi percepcji, w których autor zawarł swoje doświadczenia z używaniem meskaliny. Książka szybko stała się bestsellerem. Huxleyowskie opisy stanów psychodelicznych robiły wielkie wrażenie. Choćby taki: Wazon zawierał tylko trzy kwiaty (…). Nadal patrzyłem na kwiaty i zdawało mi się, iż w ich żywym świetle odnajduję jakościowy odpowiednik oddychania – chociaż oddychania bez powrotu do punktu wyjścia, bez periodycznego odpływu, jedynie z powracającym przypływem od piękna do piękna pogłębionego, od głębokiego do jeszcze głębszego sensu. Przyszły mi na myśl takie słowa, jak Łaska i Przemienienie, i to właśnie, między innymi, oznaczały. Mój wzrok przenosił się z róży na goździk i z pierzastego rozżarzenia na gładkie woluty obdarzonego czuciem ametystu, które tworzyły irys. Szum wokół dzieła Huxleya przypomniał bardziej uważnym czytelnikom, że oprócz meskaliny czy stosowanego rytualnie przez niektóre plemiona indiańskie pejotlu, istnieje także syntetyk o nazwie LSD, odkryty jeszcze przed wojną przez szwajcarskiego chemika Alberta Hoffmana. Już pod koniec lat 50. meskalina, LSD, a także inne substancje nazywane potocznie halucynogenami stały się przedmiotem eksperymentów naukowych, przede wszystkim w obszarze psychiatrii. Jednym z organizatorów takich eksperymentów był badacz i wykładowca z Uniwersytetu Harvarda dr Timothy Leary.

Woman Playing Guitar in Psychedelic Room
fot. Dennis P. Hallinan Getty Images

Był to rok 1960. i nikomu jeszcze spośród studentów i profesorów tej szacownej uczelni nie przychodziło do głowy, że niedługo całą Amerykę, a wraz z nią co najmniej pół świata, ogarnie gorączka młodzieżowej rewolty, w której właśnie Timothy Leary okaże się emblematyczną postacią. Nikt też nie przypuszczał, że już w 1963 r. Leary straci etat na Harvardzie, bo jego badania nad działaniem psylocybiny, którego doświadczył w Meksyku próbując grzybów halucynogennych, uznano za moralnie podejrzane. W 1966 r., tuż przed oficjalną delegalizacją LSD (wcześniej na liście zakazanych substancji znalazła się m.in. marihuana i haszysz) Leary założył Ligę Duchowych Odkryć, organizację wyznającą doktrynę, wedle której LSD jest stymulatorem przeżyć religijnych. Potem Liga bezskutecznie walczyła o zalegalizowanie marihuany i LSD (także na gruncie poszanowania wolności religijnej). W 1986 r. Leary opublikował książkę Polityka ekstazy zawierającą eseje, manifesty i wykłady poświęcone doświadczeniu psychodelicznemu.

Książka od razu stała się jedną z obowiązkowych lektur liderów ruchu kontrkulturowego na całym świecie. Zwróciła też uwagę odważną tezą, zgodnie z którą stan po zażyciu LSD to rodzaj mistycznego wglądu, czyli przeżycie religijnego uniesienia. Pogląd ten ciekawie wpisywał się w rosnące od lat 50. zainteresowanie wschodnimi technikami medytacyjnymi, jogą, buddyzmem zen, orientalną filozofią i ezoteryką. Coraz liczniejsi w Ameryce i Europie mistrzowie zen, hinduistyczni guru i przybywający z Azji założyciele nowych wspólnot religijnych stawali się z czasem ważnymi przewodnikami po odmiennych stanach świadomości. Przekonywali przy tym, że odpowiednie ćwiczenia i medytacja mogą dać taki sam efekt jak psychodeliki, przez co również seanse z LSD, meskaliną, sprowadzanymi z Meksyku grzybami, daturą i pejotlem obejmować zaczęła swoista nobilitacja. Powstał w ten sposób jeszcze jeden front wojny kulturowej: psychodeliki otwierające wrota percepcji kontra tępy technokratyzm władzy politycznej.

People Crowded on Decorated Bus
fot. Ted Streshinsky Getty Images

Po jednej stronie znaleźli się prorocy nowej świadomości jak Leary, Richard Allpert (w 1967 r. po podróży do Indii zmienił nazwisko na Ram Dass), autor powieści Lot nad kukułczym gniazdem Ken Kesey, który w 1964 r. założył komunę Merry Pranksters i odbył z nią podróż po Ameryce popularyzując po drodze zalety LSD. Po tej samej stronie byli też Beatlesi przemycający ideę psychodelii na albumach Revolver i Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, kalifornijskie zespoły rocka psychodelicznego jak Greatful Dead czy Jefferson Airplane, pop-artyści z Andym Warholem na czele, popularyzatorzy nowego holizmu w nauce jak autor Tao fizyki Fritjof Capra, rewolucyjni psychologowie i terapeuci z ruchu antypsychiatrycznego, którzy domagali się likwidacji szpitali psychiatrycznych i legalizacji wszelkich narkotyków. Po drugiej stronie stanął w zasadzie cały, w globalnej skali establishment polityczny: zarówno amerykańscy konserwatyści, którzy wsparli Richarda Nixona w jego obłędnej – i jak się okazało – sromotnie przegranej wojnie z narkotykami, jak i zwalczający u siebie we Francji wszelkie przejawy importowanej z USA kontrkultury gen. De Gaulle, a także przywódcy satrapii wschodnioeuropejskich – Breżniew, Gomułka, Husak, Ulbricht. W krajach Zachodu ustały wszelkie badania nad działaniem psychodelików, niemal wszędzie używanie, a nawet posiadanie takich substancji zostało zakazane, co dało potężny impuls do utworzenia się potężnych międzynarodowych gangów zarabiających na produkcji i dystrybucji narkotyków.

W ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia cała ta sytuacja uległa jednak znaczącej zmianie. Pojawiły się nowe wcielenia działań kontrkulturowych, które reinkarnowały przynajmniej w części dawną utopię hipisowską (organizowany do dziś festiwal Burning Man w Nevadzie), zmienił się też stosunek do restrykcyjnej polityki penalizowania narkotyków i coraz więcej państw przestało karać za używanie i posiadanie marihuany, co otworzyło drogę dla jej stopniowej legalizacji. Seanse psychodeliczne, zwłaszcza te o znaczeniu religijnym i terapeutycznym (np. ceremoniał ayahuaski) odbywają się także i w Polsce i stopniowo upowszechnia się wiedza o istotnej różnicy między substancjami silnie uzależniającymi (jak opiaty czy alkohol), a psychodelikami. Odmienne stany świadomości powoli przestają być kojarzone z rewolucyjnym radykalizmem i stają się komponentem współczesnych praktyk kulturowych. Oczywiście nie dotyczy to państw, w których podstawą systemu władzy jest zastraszanie i policyjny terror, w związku z czym zróżnicowany stosunek do psychodelików wciąż dzieli świat na wolne demokracje i szczycące się swoim rygoryzmem satrapie jak dzisiejsze Filipiny, muzułmańskie autokracje, czy jedyna w swoim rodzaju putinowska Rosja, gdzie narkotyki surowo zakazane służą nagminnie do policyjnych prowokacji także wobec politycznych przeciwników władzy.

tekst: Mirosław Pęczak

Podziel się lub zapisz
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.