Ten małomiasteczkowy rytm, czyli o tym, jak robi się kulturę na polskiej prowincji (REPORTAŻ)

kultura cover photo.jpg
runforrest podczas koncertu na festiwalu Tchnienia 2019. fot. Zuza Woźniczka

Wiesz, dlaczego lubię robić koncerty w małych miejscowościach? - pyta Bartek Borowicz, założyciel agencji koncertowej Borówka Music. - Bo często opłaca mi się to bardziej, niż gdybym miał organizować je w Warszawie.

Prowincja nie interesuje wiodących mediów. Mało kto pojedzie do małego miasteczka, żeby opowiedzieć o lokalnych wydarzeniach kulturalnych, o ile oczywiście nie stoją za nimi szeroko rozpoznawalne twarze. I to nie jest jeszcze aż tak złe jak sztuczny podział na miastowych - chodzących do kina, na koncerty, spektakle, do galerii - i resztę kraju, która po pracy co najwyżej włączy sobie Polsat. Podział głupi i fałszywy, wywodzący się z nieobecności małomiasteczkowych eventów w mediowym głównym nurcie, lekceważąco traktujący wszystkich, którzy ze względu na swoje miejsca zamieszkania pasują do łatwej narracji.

Zaglądamy do raportu Głównego Urzędu Statystycznego z zimy 2021 roku, dotyczącego stosunku Polaków do kultury. A tam czarno na białym: aż 75,6% dorosłych respondentów - mieszkańców wsi i małych miasteczek deklaruje, że kultura jest dla nich bardzo ważna lub ważna. Jak to wygląda w miastach? 86,8%. To, że mieszkańcy metropolii uczestniczą w wydarzeniach kulturalnych częściej niż ludzie z wsi i mniejszych miejscowości, nie oznacza, że między jednymi a drugimi jest przepaść. Chodzi o łatwość dostępu.

Według danych GUS w 2019 roku (raport jest aktualizowany co pięć lat) wzrósł odsetek ludzi, którzy wskazują na poprawę dostępności kultury w miejscu ich zamieszkania. Ale... te zmiany pozytywnie ocenili głównie mieszkańcy miast (14,1% ankietowanych). Znacznie niższy, bo wynoszący 6,5%, był odsetek pozytywnych ocen wystawionych przez mieszkańców wsi. Choć chętnych nie brakuje, o stały kontakt z kulturą na prowincji jest wciąż trudniej niż w miastach.

Ludzie z miasteczek i wsi bardzo go potrzebują. W Polsce trochę się tą prowincją gardzi - ja zrobiłem z tego atut. Organizuję dużo koncertów w małych miejscowościach, bo nie mam tam konkurencji - uważa Borowicz. Masz koncert mało znanego zespołu w Warszawie w piątek i na wejście potrzebujesz około 3000 plakatów, żeby w ogóle ktoś się o nim dowiedział. A w małej miejscowości - góra 30. W dużym mieście praktycznie nie masz szans, żeby zainteresowały się media, bo zawsze jest masa innych rzeczy: a to Dawid Podsiadło, a to Daria Zawiałow, a to jakiś festiwal. Te problemy odpadają na prowincji. Tam po prostu dużo łatwiej się przebić z wydarzeniami kulturalnymi.

I są tacy, którzy z tego korzystają.

Część 1: jak zrobić dużą rzecz w małej miejscowości

Nowa Sól

To nie do wiary, ale w trzecim co do wielkości mieście województwa lubuskiego jeszcze dwie dekady temu bezrobocie sięgało 42%. 27 lat pracy i dorobiłam się. Roweru i zasiłku. A przecież mogłabym jeszcze pracować - mówi jedna z bohaterek reportażu Trudne Pytania, emitowanego w TVP pod koniec lat 90 - możecie znaleźć go na YouTube. Po przemianach ustrojowych nowa rzeczywistość nowosolan była dramatyczna. Z kilkudziesięciu zakładów i fabryk, które działały w latach 90., zostało jedynie kilka. Upadły choćby Nadodrzańskie Zakłady Przemysłu Lniarskiego Odra, zatrudniające w szczytowym momencie działalności 5000 osób.

Tymczasem w kilkanaście lat Nowej Soli udało się zredukować bezrobocie do poziomu 6%. Powstawały nowe inwestycje, w mediach furorę robił charyzmatyczny prezydent Wadim Tyszkiewicz, znany z emocjonalnych wypowiedzi, szczególnie atakujących obecny obóz rządzący. Powstał też festiwal filmowy. Nazywał się Solanin - od lokalnego superbohatera.

Tak, to był nowosolski heros, który miał być bohaterem naszego filmu - śmieje się Konrad Paszkowski, szef Solanin Film Festiwalu. Ja w ogóle na początku bawiłem się w kino niezależne. Pamiętam, że jak miałem może sześć lat, to z rodzicami obejrzałem Wielki Błękit Luca Bessona. Kupił mnie od razu. Potem doszły jeszcze Nikita i Leon Zawodowiec, ale to już w tajemnicy, bo byłem na te filmy za mały. I wtedy zrodziła się moja pasja do kina.

Nie przekuła się w karierę reżyserską, za to jej owocem jest Solanin Film Festiwal. Impreza wyjątkowa, bo poświęcona kinu niezależnemu, choć pokazująca też najlepsze produkcje kina polskiego i światowego. Co roku do Nowej Soli przyjeżdżają polscy filmowcy i widzowie, nierzadko z całego świata. Mam znajomych, którzy wpadają tu trzy razy do roku. Na Boże Narodzenie, Wielkanoc i Solanina. A potem siedzą przez pięć dni na wszystkich seansach - mówi Paszkowski.

Porozumiał się z Grzegorzem Potęgą, człowiekiem - instytucją Nowej Soli, który zawiadował lokalnym kinem i miał doświadczenie w tworzeniu festiwalu; pracował przy Lubuskim Lecie Filmowym w Łagowie. Wcześniej razem organizowali pokazy offowego kina w Nowej Soli, teraz chcieli więcej. Wymarzyli sobie, że chcą robić festiwal. Był rok 2009. Trzeba było jeszcze odezwać się do pewnej znanej polskiej aktorki...

Mysłowice

Licząca blisko 40 tysięcy mieszkańców Nowa Sól może uchodzić za sypialnię położonej 25 kilometrów dalej Zielonej Góry, podobnie jak Mysłowice dla niedalekich Katowic. A Mysłowice to, wiadomo, Myslovitz. Można lepiej rozpropagować własne miasto niż nazwać nim swój zespół? Beneficjentem szalonej popularności Myslovitz, która przypadała na drugą połowę lat 90. i całą następną dekadę, był założony przez lidera składu, Artura Rojka, OFF Festival, najważniejsza polska impreza poświęcona muzyce alternatywnej. Nie mówiłoby się o niej tak wiele od samego początku istnienia, gdyby nie rozpoznawalność jej szefa. Cztery mysłowickie edycje OFFa, które odbyły się w latach 2006-2009, przyciągnęły do tego miasta kilkadziesiąt tysięcy widzów. I ukonstytuowały Mysłowice na kulturalnej mapie Polski jako serce muzycznej alternatywy.

Ale w 2010 roku, po kłótni radnych z prezydentem Mysłowic (część radnych nie chciała, by OFF był współfinansowany z budżetu miasta), Rojek przeniósł swój festiwal do położonych kilkanaście kilometrów dalej Katowic, gdzie odbywa się do dziś. A Mysłowice zostały bez swojej flagowej imprezy.

Nie ruszyłbym z tematem, gdyby nie odejście OFFa. Pomyślałem, że Mysłowice dalej kojarzą się ludziom z alternatywą. I że warto to zaznaczyć. To była połowa 2011 roku, władze kompletnie odcięły się od imprezy Rojka, udawały, że jej nie ma. Dlatego miałem trochę miejsca na działania - opowiada Łukasz Prajer, pomysłodawca i organizator AlterFestu, festiwalu dedykowanemu polskiej muzyce alternatywnej. Na początku salami koncertowymi były mysłowickie lokale. Właściciele byli zadowoleni, bo AlterFest nagonił im klientów. Później, przy trzeciej edycji, festiwal przeprowadzić się do lokalnego, nieużywanego kina. Ale w 2016 roku, kilka dni przed imprezą, była tam poważna awaria - pękła belka stropowa. Wtedy twórcy postanowil przenieść AlterFest do mysłowickiego kościoła ewangelicko-augsburskiego.

26068065_1906698729659885_7131054714036158464_n.jpg
AlterFest 2017. fot. IG festiwalu

Nie wierz tym, którzy tutaj nigdy nie byli / Mysłowice to nie pieprzony Manchester - śpiewał w piosence Manchester lider zespołu Negatyw, Mietall Waluś. Porównanie do brytyjskiego miasta było dość często spotykane ze względu na to, że i Manchester był tak industrialny jak Mysłowice, i wydał na świat sporo rockowych zespołów. Tam Oasis, Joy Division, The Smiths czy The 1975, tu Myslovitz, Negatyw, Penny Lane, Delons, Iowa Super Soccer albo Generał Stillwell. W większości składy niszowe, ale samo to, że w 75-tysięcznej miejscowości powstało tyle grających podobną muzykę zespołów, jest sytuacją bezprecedensową. Miejscowości, w której życie kulturalne nie tętni mocnym pulsem.

Wielu z nas pracuje poza Mysłowicami; Tychy, Katowice, Sosnowiec. Odkąd zamknięto kopalnię Mysłowice nie ma u nas dużych przedsiębiorstw. Nie znajdziesz tu pracy w korporacji ani fabryce nastawionej na nowoczesne technologie. Pod tym względem przegrywamy z innymi miastami; co prawda mamy niskie bezrobocie, ale pracuje się gdzie indziej. Jako Mysłowicki Ośrodek Kultury staramy się walczyć o ożywienie miasta, ale jest z tym różnie. Rynek przez wiele lat nie był miejscem spotkań, jest parę knajp na krzyż. Staramy się to odczarować i powoli nam się to udaje. Choć do ideału jeszcze daleko, to jednak z roku na rok coraz więcej osób odwiedza wydarzenia organizowane przez nas na rynku - mówi Prajer.

Augustów

Problemu odczarowania miasta na takie, w którym cokolwiek można robić, nie ma za to Augustów. Najmilsze miasto Polski, najpiękniejsze polskie uzdrowisko, stolica turystyczna województwa podlaskiego - czytamy na jego oficjalnej stronie. To także miejsce silnie uzależnione od ruchu turystycznego; według danych serwisu nocowanie.pl blisko połowa zapytań o noclegi w podlaskim dotyczy właśnie Augustowa. Otoczony jeziorami, położony bezpośrednio przy Puszczy Augustowskiej przyciąga w sezonie setki tysięcy turystów. Gorzej z tymi, który zostają tu przez cały rok. Bo kiedy zamiera turystyka, zamierają miejscowości utrzymujące się z przyjezdnych. I nagle w miastach położonych nad morzem czy jeziorami zwyczajnie nie ma co robić.

Kiedyś podobno były próby stworzenia tu DKF-u. Nie wiem, nie pamiętam. Ja oglądałem filmy w domu, jestem wariatem kina. Dawno temu, jak jeszcze mieszkałem z rodzicami, zapraszałem na seanse tłumy znajomych ze szkoły. Oglądaliśmy, rozmawialiśmy, potem włączaliśmy kolejne tytuły. A potem pomyślałem, że może to jest dobry start do stworzenia dyskusyjnego klubu filmowego. Przede wszystkim dla tych, którzy są tu, w Augustowie, przez cały rok - wspomina Bartosz Świerkowski, kierownik DKF-u Kinochłon, prawdopodobnie najsłynniejszego dyskusyjnego klubu filmowego w Polsce. Potwierdzają to aż dwie nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej przyznane tej inicjatywie.

Zaryzykował. Skontaktował się z właścicielami lokalnego kina, pozostającego w zrzeszeniu krajowych obiektów studyjnych, ale będącego własnością prywatną. Dołączył do zespołu. Zaproponował stworzenie dyskusyjnego klubu filmowego. Była zima 2013 roku.

To istotne, bo zbudowaliśmy dwumetrową figurę Kinochłona z taśmy filmowej. Ale że kochamy filmy, to stwór powstał z taśmy, na której były stare zapowiedzi. A potem przejechaliśmy się z nim na kuligu, by następnie załadować na przyczepę, jeździć po okolicy i informować ludzi przez megafon, że rusza DKF.

Pierwszym prezentowanym tam filmem było Metropolis z graną na żywo muzyką Błażeja Malinowskiego. Zresztą ludzie z Kinochłonu cenią sobie niestandardowe podejście do seansów. Biletami na Panaceum, medyczny thriller Stevena Soderbergha, były stare recepty, a integralną częścią pokazu - karetka marki fiat 125p.

Nigdy nie myślałem, że Kinochłon stał się marką. Ja po prostu marzyłem o tym, żeby można było pójść w Augustowie do kina na dobry film, pogadać z ludźmi, pospierać się. Żeby stworzyć środowisko filmowe. Wie pan, to nie jest tak, że w co drugim domu mieszka kinoman albo kinomanka. A jednak publikę mamy stałą, całoroczną - dodaje Świerkowski.

Jest lokalsem, mieszkającym w Augustowie przez całe życie. Mógł wyjechać do metropolii, ale tego nie zrobił. W Polsce takich miast jak jego, małych lub średniej wielkości, czasem dawnych wojewódzkich, czasem po prostu istotniejszych ośrodków konkretnego regionu, jest kilkaset. Wśród nich wiele takich, o których mówi się, że są ofiarami zmian ustrojowych przełomu lat 80. i 90., miastami zapaści pozbawionymi napędzających ich gospodarczo przedsiębiorstw. Przez lata wypłukiwało to z nich osoby młode, wykształcone, rzutkie i przedsiębiorcze, które ze względu na brak perspektyw oraz sytuację na lokalnym rynku pracy wyjeżdżały do większych ośrodków lub za granicę - pisał w wydanej przez Czarne książce Zapaść. Reportaże z mniejszych miast Marek Szymaniak.

Mniejsze miejscowości się wyludniają, dominują w nich eventy emeryckie. Władze powinny tworzyć ofertę kulturalną dla wszystkich. Dlaczego tak się nie dzieje? Głos starszych mieszkańców jest cenny, bo to oni chodzą na wybory. Politycznie strategia rozsądna, ale długoterminowo to już działa niekorzystnie. Młodzi bez oferty kulturalnej, porzuceni przez władze, będą czuli, że nikt się nimi nie interesuje. Tym chętniej wyjadą i nie zainteresują się lokalną polityką. Władze nie mają też interesu w tym, żeby promować młodsze osoby. Raz czy dwa zrobią koncert, może coś się uda, potem taka osoba wystartuje do rady miasta, zostanie radnym - i już jest hodowana jakaś konkurencja - wyjaśnia nam Szymaniak.

Zdarza się jednak, że na konkretne miasto zwraca uwagę ktoś z zewnątrz. Dawny mieszkaniec, chcący zrobić coś dla miejsca, w którym się urodził. Osoba zauroczona klimatem konkretnego miasta czy miasteczka. Albo ktoś, kto przyjechał tam z jeszcze innego powodu.

Łobez

Maciek Sienkiewicz jest jednym z współtwórców polskiej sceny klubowej i w tym twierdzeniu nie ma cienia przesady. Jako didżej działał od początku lat 90., gdy klubów było jeszcze jak na lekarstwo, a wielkomiejska młodzież chodziła na dyskoteki, gdzie z płyt i kaset puszczano ówczesne hity. On szukał czegoś innego. Miksował elektronikę taneczną i eksperymentalną, nagrywał muzykę do filmów i projektów artystycznych, był dziennikarzem, prowadził telewizyjny program Techno Life. Był jedną z twarzy pierwszej fali polskiej kultury techno, jednym z didżejów odpowiedzialnych za to, jak wyglądała stołeczna kultura klubowa lat 90.

Trochę tego było. Pamiętam, jak młody Macio Moretti przychodził do mnie za didżejkę i krzyczał do ucha, żebym puścił zespół Primus. A Steez wspominał w jednym z wywiadów, że po raz pierwszy obsługiwał Abletona pod moim okiem - uśmiecha się Sienkiewicz.

Od muzyki nie odszedł, ale z Warszawy wyjechał. Niedawno minęła dekada, odkąd Maciek wraz z rodziną mieszkają w Łobzie, 10-tysięcznej miejscowości w województwie zachodniopomorskim. Tam po wojnie osiedlili się jego dziadkowie, tam urodził się jego ojciec, cybernetyk Piotr Sienkiewicz. Dekadę temu Maciek wraz z żoną zastanawiali się, czy zostać w stolicy, czy wyjechać za granicę. Dali sobie do namysłu dwa miesiące, które chcieli spędzić w łobeskim domu po dziadkach. Wyszło tak, że zostali tam do dziś.

Województwo zachodniopomorskie jest przeorane przez transformację ustrojową. Były mleczarnia, młyn, fabryka drutu, krochmalnia, gorzelnia. A lata 90. to dla mieszkańców Łobza terapia szokowa. Wiesz, ogólnopolsko wskaźniki makroekonomiczne się zgadzały. Ale w mniejszych miejscowościach ludzie pozostali bez pracy, opieki medycznej, dojazdów. Bez poczucia bezpieczeństwa. Ja grałem sobie w Warszawie techno, a tu było 30% bezrobocia. W pewnym momencie rekord Polski. Jak otwarto granice, ludzie zaczęli masowo wyjeżdżać. Nierzadki był widok, że głowa rodziny pracuje za granicą, żeby utrzymać resztę. Tu naprawdę kiedyś sporo się działo. Przyjeżdżały fajne zespoły, nawet punkowe. A potem wszystko upadło. Jak my tu trafiliśmy, to raz do roku odbywały się Dni Łobza, z disco polo i kiełbasą z grilla - wspomina.

Po czym założył Karambol w Kosmosie, multidyscyplinarny festiwal, który trudno porównać z jakimkolwiek innym w kraju. Podobno karambol to łobeska, przedwojenna odmiana gry w bilard, polegająca na tym, że... zawsze zwyciężali miejscowi. A Kosmos był jednym z ważniejszych lokali Łobza. I już macie odpowiedź na pytanie o nazwę.

Karambol w Kosmosie ruszył latem 2020 roku, w samym sercu pandemii. Sienkiewicz walczył o to, by udało się zrobić go w plenerze, ostatecznie pierwsza edycja odbyła się na lokalnej hali, z transmisjami online. Przy drugiej, tegorocznej, udało się wyjść na powietrze. I zrobić ją na zrewitalizowanym, miejskim boisku oraz scenie łobeskiego domu kultury. A miasto zostało współorganizatorem, zapewniając festiwalową infrastrukturę.

Sokołowsko

Malutka miejscowość w dolnośląskim, położona bardzo blisko granicy z Czechami. Wygląda tak, że gdyby film Młodość miał być realizowany w Polsce, to mógłby właśnie tam. W XIX wieku na terenie Sokołowska (wtedy nazywało się Görbersdorf) powstało pierwsze na świecie sanatorium dla gruźlików, a po II wojnie światowej działało uzdrowisko o profilu gruźliczym. Coś jeszcze? Tak, w młodości mieszkał tam Krzysztof Kieślowski.

On urodził się w Warszawie, ale jego tata leczył się w tutejszym sanatorium, więc Kieślowski zamieszkał w Sokołowsku. To zainspirowało nas, żeby 11 lat temu, na 70-lecie jego urodzin, zrobić przegląd filmowy, co przeistoczyło się w większą sprawę, festiwal Hommage à Kieślowski - wyjaśnia Zuzanna Fogtt, prezeska działającej w Sokołowsku Fundacji In Situ. Kuratorzy wybierają nowe produkcje fabularne, dokumentalne, ale są też oczywiście produkcje Kieślowskiego. Mamy tu archiwum jego twórczości, to jest niezwykły materiał badawczy. Do dziś mieszka tu zresztą pewien starszy pan, który pamięta Kieślowskiego ze szkoły. I też przychodzi na nasz festiwal.

Fundacja powstała w 2004 roku w Podkowie Leśnej. Założyli ją artyści intermedialni, Bożenna Biskupska i Zygmunt Rytka. Chcieli skupić wokół niej środowisko twórców sztuki współczesnej, opierać ją na mniejszych i większych przedsięwzięciach. Wynikających z potrzeby intelektualnej - podkreśla Fogtt, która najpierw z In Situ współpracowała, a potem została jej prezeską. Twórcom zależało jednak na tym, żeby znajdowała się w przestrzeni pozamiejskiej, oderwanej od zgiełku. Takiej, która - w dobrym znaczeniu - odetnie rezydujących tam artystów od świata.

Bożenna i Zygmunt zainwestowali w to wszystko, co mieli. Pieniądze, czas, determinację. Ale równolegle zaczęliśmy prowadzić program merytoryczny. Pojawiły się pomysły spotkań, rezydencji twórczych, zapraszania do siebie artystów. Wie pan, Sokołowsko przyciągnęło pierwszych performerów, ludzi którzy zakładali ten kierunek w Polsce. Ale działamy międzynarodowo, chcemy pokazać nowe tendencje, to, jak twórcy myślą w różnych przestrzeniach kulturowych. To samo tyczy się Sanatorium Dźwięku, ośrodek rezydencji dźwiękowych spina festiwal Sanatorium. Co jest najbardziej niesamowite - to, że na te dość hermetyczne wydarzenia zawsze przychodzi liczna widownia - opowiada Fogtt.

Od pozostałych inicjatyw kulturalnych, o których opowiadamy, działalność Fundacji In Situ różni właśnie swego rodzaju hermetyczność. W Sokołowsku prezentuje się sztukę dla odbiorcy raczej wymagającego, nie stroni od eksperymentów, działań na pograniczu gatunków. W ramach tamtejszego Laboratorium Kultury działa kilka podmiotów: Sokołowsko Festiwal Filmowy Hommage à Kieślowski, międzynarodowy festiwal muzyki eksperymentalnej i improwizowanej Sanatorium Dźwięku, Międzynarodowy Festiwal Sztuki Efemerycznej Konteksty, Archiwum Twórczości Krzysztofa Kieślowskiego i szereg programów edukacyjnych. Publika? Z całego świata. Opinie? Świetne. W otoczeniu gór i XIX-wiecznej architektury zanurzenie się w nowych kontekstach dźwiękowych osiągnęło wymiar totalny, pozostawiając przestrzeń na wymianę myśli. Dosłowna i metaforyczna wędrówka dawnymi uzdrowiskowymi szlakami sprzyjała zrozumieniu istoty wszechobecności dźwięku, służąc jednocześnie prawdziwie sanatoryjnemu podreperowaniu ciała i duszy - pisał o ostatnim Sanatorium Dźwięku dziennikarz Glissando, najważniejszego polskiego magazynu poświęconego współczesnej muzyce poważnej i eksperymentalnej.

Przypominamy - cały czas mówimy o imprezach w miejscowości, którą na co dzień zamieszkuje mniej niż 1000 osób.

Bieszczady i Mazowsze

Przedstawia się jako Jerry. Jerry Kawałek. Mieszka w Poznaniu, we własnym zespole Jerry Kawałek & Band gra mieszankę bluesa i rocka. Kiedyś pojechał w Bieszczady w ciemno, bez zarezerwowanego noclegu.

Wysiadłem z autobusu w Ustrzykach i nie wiedziałem, dokąd pójść. Stoję z plecakiem i nagle słyszę, że gdzieś z oddali dobiega świetna muzyka. No to idę za dźwiękami - wspomina Jerry. Dotarł do Bieszczadzkiej Legendy, restauracji, która poza działalnością gastronomiczną prowadzi aktywny program kulturalny.

Nie miałem ze sobą nawet namiotu. Kierujący Legendą Paweł pomyślał, że przyszedł tu jakiś wariat. Ale był dla mnie bardzo miły i powiedział, że mogę się przespać w tipi na dworze. Ile? Tyle, ile potrzebujesz. To zostałem tam przez trzy tygodnie. Później wracałem co roku.

Przez lata Bieszczady kojarzyły się muzycznie albo z punkową legendą, formacją KSU, albo górską piosenką poetycką spod znaku Starego Dobrego Małżeństwa i ich singla Bieszczadzkie anioły, evergreenu wszystkich spacerujących po górach wrażliwców. Trochę zmieniło się w ostatnich latach, gdy ludzie zaczęli tam przyjeżdżać na festiwale muzyki elektronicznej (najpierw GOADUPA, potem Egodrop) i Tchnienia, imprezę dedykowaną muzyce kameralnej, akustycznej, granej w wyjątkowej scenerii bieszczadzkich szczytów.

Tchnienia to nie tylko koncerty. To ludzie. Spotkanie, rozmowy, społeczność. Zaczęło się w Bieszczadach, gdzie pojechaliśmy zachęceni przez Hanię Rani. My, czyli Michalina Bieńko, Ata Dankowska, Misia Furtak, Krzysiek Nowak i Marynia Nowak. Daria Głowacka dołączyła do zespołu chwilę później. W takim składzie zgodziliśmy się, że chcemy dać innym szansę doświadczenia czegoś niezwykłego w miejscu, które nas zainspirowało. Wszyscy widzieliśmy wartość w zorganizowaniu festiwalu w „zmniejszonej skali”, w kameralności, bliskości drugiego człowieka. Artyści, którzy dotychczas u nas wystąpili to m.in. Niklas Paschburg, Hior Chronik, Runforrest, Immortal Onion. Nie boimy się stawiania na tej samej scenie songwriterów, muzyków klasycznych, awangardowych czy wykonujących muzykę elektroniczną. W Bieszczadach zorganizowaliśmy dwie edycje, a na nich projekcje filmów, panele, warsztaty i koncerty. W cerkwi grecko-katolickiej, o wschodzie słońca przy strumieniu czy w kamieniołomie, do którego wnieśliśmy harfę i wiolonczelę. Podczas tegorocznej edycji, która odbyła się po raz pierwszy na Mazowszu, jedna z artystek zaśpiewała, siedząc na drzewie – opowiada Michalina Bieńko, współtwórczyni Tchnień.

tchnienia 2021.jpg
koncert Antoniny Nowackiej podczas tegorocznej edycji festiwalu Tchnienia. fot. Karolina Wybraniec

Festiwal Jerry'ego nazywa się Legenda - rzecz jasna od Bieszczadzkiej Legendy. Muzycznie również będzie ukierunkowana na kameralne, akustyczne brzmienia. On sam będzie zawiadować nią częściowo z Poznania, a częściowo już z bieszczadzkiej Wetliny, bo to tam ma odbyć się Legenda.

To wyjątkowe miejsce, jest przepełnione duchem miłości i indywidualizmu. Nazwa wzięła się od Druciarza, legendarnej postaci Bieszczad, to był wędrowiec górski.Pracowałem przy Tchnieniach, ale rok temu się nie odbyły. I... zrobiłem festiwal na około 100-150 osób u siebie w domu w Poznaniu. W tym roku chciałem to przenieść w miejsce, z którym jestem związany. Czyli w Bieszczady, które kocham i skąd pochodzi moja rodzina.

W ten sposób Tchnienia zwolniły miejsce Legendzie. One z kolei przeprowadziły się na Mazowsze, do wsi Zakrzew w powiecie sochaczewskim.

Nieraz rozmawialiśmy o tym, aby wyruszyć z Tchnieniami w drogę i opuścić Bieszczady, a nawet Polskę. Jest wiele nieoczywistych miejsc w obrębie natury, ale też inspirujących architektonicznie przestrzeni, w których chcielibyśmy umieścić artystów – wyjaśnia Bieńko.

Z Legendą w 2021 roku się nie udało. Ze względu na obostrzenia sanitarne pierwsza edycja festiwalu została przełożona na przyszły rok. Tchnienia odbyły się zgodnie z planem.

Część 2 - jak zrobić, żeby duża rzecz utrzymała się w małej miejscowości

Bielawa (30 000 mieszkańców). Hajnówka (20 000). Kętrzyn (27 000). Braniewo (18 000). Prudnik (21 000). To tylko kilka miast, które podczas swojej reporterskiej podróży odwiedził Marek Szymaniak. Zapaść powstała na bazie setek godzin rozmów z ludźmi, którzy mieszkają w mocno pokancerowanych zmianami ustrojowymi miejscowościach. Tkaczką, zwolnioną po wielu latach z fabryki, bo krajowy rynek tekstylny zaczął przegrywać z tanimi, importowanymi z Azji produktami. Domorosłym raperem, pracującym w firmie handlującej LED-ami. Pracownikiem upadłej fabryki obuwia, zmuszonym do przekwalifikowania się na kierowcę ciężarówki. Wszystko to ludzie, którzy kochają swoją małe ojczyzny, choć jest to miłość trudna, jednostronna. Wystawiająca na próby.

Jest jedna rzecz, która niesamowicie mnie w nich ujęła. Począwszy od tego, że ludzie radzą sobie mimo przeciwności losu, potem przywiązanie, miłość do swoich miejscowości, że gdzieś tam próbują coś robić, angażują się w inicjatywy. W mniejszych miastach wymaga to większej odwagi, bo wszyscy nas obserwują. A tych osób, które i tak ją mają, jest więcej, niż się spodziewałem - opowiada autor Zapaści.

borowka 1.jpg
fot. Bartek Borowicz

Ale prowincja wciąż się wyludnia. Rozwój Polski jest skoncentrowany głównie na metropoliach, gdzie poziom życia nie odbiega od standardów wielkich miast w krajach bogatszych. Jednak w tych państwach rozwijają się także miasta małe i średnie. U nas to coraz mniej atrakcyjne miejsca do życia, co dobitnie pokazuje masowy odpływ młodych ludzi - do metropolii albo za granicę. Opublikowany przez Główny Urząd Statystyczny raport Powierzchnia i ludność w przekroju terytorialnym w 2020 r. wskazuje, że największy przyrost ludności względem roku poprzedniego zaliczyły Warszawa, Kraków, Gdańsk, Rzeszów i Wrocław. A trzeba też pamiętać, że część mieszkańców osiedla się w miejscowościach mniejszych, wchodzących w składy szeroko rozumianych aglomeracji. Na przykład podwarszawskie Legionowo legitymuje się największym zagęszczeniem mieszkańców na kilometr kwadratowy wśród gmin (3 980 osób).

Co zrobić, żeby zatrzymać tę tendencję? Zapewnić mieszkańcom dobrze płatną pracę. Zadbać o ich potrzeby mieszkaniowe - bardzo wiele mówi się w mediach o boomie mieszkaniowym w metropoliach, bardzo mało o tym, że nowe mieszkania w mniejszych miastach praktycznie nie powstają. I pochylić się nad ofertą kulturalną.

To takie spostrzeżenie ludzi spoza Mysłowic, z którymi pracuję, ale jadąc u nas autobusem, zauważa się tylko seniorów. Cała reszta pracuje albo uczy się gdzie indziej. Ciężko jest namówić mysłowiczanina do zostania w Mysłowicach, skoro wie, że w Katowicach ma bardziej atrakcyjną ofertę. Ale w wielu z nich jest brak wiary w nasze miasto. Jeśli coś tam się dzieje, to nie może być dobre. Otworzy się cukiernia - pewnie jest słaba, zaraz upadnie. Wynika to z tego, że przez lata wpajano nam sceptycyzm, że jesteśmy gorsi, nie mamy czym konkurować z resztą. Ludzie mówią, że Mysłowice to najdziwniejsze miasto, jakie znają. Ale mamy masę kreatywnych ludzi, tylko po prostu pracują gdzie indziej - zawiesza głos Łukasz Prajer.

To jest miasto emeryckie. Tak, młodzi ludzie uciekają. Uciekają, ale nie wszyscy, bo niektórzy chcą wiązać przyszłość z Łobzem. I oni pomagają nam przy festiwalu - dodaje Maciek Sienkiewicz.

Konrad Paszkowski z Solanin Film Festiwalu angażuje do swojej imprezy kolejne pokolenia młodych nowosolan. Niektórzy na pewno wyjadą z tego miasta, pewnie na zawsze. Uważam, że okres studiów to jest najlepszy moment do tego, żeby pojeździć po kraju, zobaczyć różne miejsca, kto wie, może nawet zdecydować się, czy się do nich nie przenieść. Ja zostałem w Nowej Soli. Było ciężko, raz nawet rzuciłem organizację festiwalu tylko po to, by później do niego wrócić. Ale powtarzam to swoim młodszym współpracownikom - jedźcie na festiwale, podglądajcie, jak robią to inni. Chłońcie atmosferę. I promujcie Solanina. Jak przy trzeciej czy czwartej edycji pojechałem na Nowe Horyzonty, to byłem w szoku, ile spotkanych tam osób kojarzyło nasz festiwal. Tu, w mniejszych miejscowościach, jest potężny głód kina. Zwłaszcza, jeśli razem z filmami przyjeżdżają ich twórcy.

solanin.jpg
Piotr Adamczyk i Adam Woronowicz z Solaninem. fot. ig festiwalu

Dlatego przy tworzeniu Solanin Film Festiwalu stawia na spotkania. Na początku nie było łatwo, byli debiutującą imprezą filmową z lubuskiego. Ale wiedzieli, że ich krajanką, nowosolanką, jest Magdalena Różczka. To ona była tą aktorką, do której wykonali telefon. Dzięki Magdzie udało nam się zaprosić kilka ważnych osób. Na pierwszą edycję przyjechał Bartłomiej Topa, a potem, z każdą kolejną, pojawiali się inni twórcy. Była Joanna Kulig, był Adam Woronowicz, Marek Koterski. Był Arek Jakubik, który zagrał u nas koncert, ale nie z Doktorem Misio, a wcześniejszą Tekilą. Był Wojtek Smarzowski, którego wizyta była dla mnie ogromnym przeżyciem. Teraz już nie musimy tłumaczyć, co to za festiwal. Dzwonimy, słyszymy: o, Solanin, jasne, przyjadę, tylko sprawdzę, czy mam wtedy wolny termin - opowiada Paszkowski.

Nie mam wielkiego budżetu na koncerty. Dlatego od początku zapraszam na Karambol gości, z którymi znam się od lat, jeszcze z czasów mojego działania w Warszawie. Z Marią Apoleiką, autorką Psich Sucharków, przyjaźnię się od kilkunastu lat. Ona robiła u nas warsztaty z rysowania dla dzieci, które nawet nie wiedziały, co to za pani, ale bawiły się świetnie. Podobnie Olga Drenda czy Kuba Żulczyk. O.S.T.R.-ego zaprosiłem przez Tytusa, z którym też się dobrze znam. Trochę o robieniu imprez opowiedział mi Steez, trochę Hirek Wrona, który sam zrobił swój festiwal Marii Czubaszek - tłumaczy Sienkiewicz.

Jego widzowie też są spragnieni tyleż kultury, ile towarzyszących z nią spotkań. Po spotkaniu z Żulczykiem jakiś facet podbija do niego jak do kumpla i długo rozmawiają, pewnie nawet bardziej o życiu niż o książkach. Przecież o to w tym wszystkim chodzi - dodaje.

Twórca Karambolu w Kosmosie bardzo zadbał o promocję swojego wydarzenia w mediach ogólnopolskich i za pośrednictwem kanałów społecznościowych swoich gości. Dlatego oprócz lokalsów do Łobza przyjechali także ludzie z innych miast. Podobnie dzieje się z AlterFestem, którego twórcy zapytali ostatnio widzów, skąd właściwie pochodzą. Mamy odbiorców z Warszawy, Łodzi, Poznania, Szczecina, praktycznie z całej Polski. Po prawie dekadzie robienia festiwalu z coraz szerszą rozpoznawalnością udało nam się stworzyć stałą bazę widzów. Ja kojarzę tych ludzi z twarzy, czasem nawet znamy się z imienia. Ale przychodzą też widzowie z Mysłowic, z czego ja jako lokals bardzo się cieszę - mówi Prajer.

Czy wśród nich jest mysłowiczanin Artur Rojek?

Nie, Artur jeszcze u nas nie był. Ze względów budżetowych nie zagrał też na AlterFeście koncertu. Może uda się za rok?

Widownię przyjezdną stanowią też w dużej mierze widzowie Tchnień. Głównie to słuchacze wielkomiejscy, którzy mają dość tych samych koncertów w tych samych klubach. I chcą połączyć wyjazd na festiwal z możliwością wyciszenia się, odpoczynku.

Odbiorcami Tchnień są osoby spragnione bliskiego kontaktu z naturą i muzyką, w każdym wieku. Na początku śmialiśmy się, że robimy dużą imprezę dla znajomych. Wieść o naszym festiwalu rozniosła się dość szybko, ale pozytywny odbiór zaskoczył nawet nas. Pierwszą edycję zorganizowaliśmy dzięki zbiórce crowdfundingowej, która zakończyła się z ponad 100% zakładanego dofinansowania. Nasza publiczność stała się częścią społeczności, mocno czuliśmy ich życzliwość i wyrozumiałość. Rok później rowerem (sic!) przyjechała Lea, dziewczyna ze Szwajcarii, a Bartek Bielecki, chłopak z Poznania, który trafił do nas przez zaprzyjaźnioną właścicielkę piekarni, został głównym „budowniczym” festiwalu. Bez niego nie powstałby teren drugiej i trzeciej edycji. Do tej pory nie dowierzamy jak niezwykłych ludzi przyciągnęła nasza inicjatywa. – wspomina Michalina Bieńko.

U nas przeważa widownia lokalna. Częstszym uczestnikiem kultury filmowej jest kobieta, więc pań jest bardzo dużo. Przyjeżdżają ludzie z Olecka, Suwałk, Ełku. A nawet z innych miejsc. Coraz częściej jest widownia młoda, staramy się ich wyławiać. Umówmy się, to oni kiedyś będą tworzyli Kinochłona. Rozmawiam z naszymi widzami, którzy cieszą się, że w końcu mają pretekst, żeby porozmawiać, pobyć ze sobą - opowiada twórca DKF Kinochłon, Bartosz Świerkowski.

Ta społeczność lokalna jest wspaniała. Bez problemu zaakceptowali najazd środowiska artystycznego, a przecież trochę zaburzyli spokój, więcej działo się na ulicach. Nie pamiętam, żeby komuś się to nie podobało. Uruchomiliśmy kinoteatr Zdrowie jako kino studyjne, mamy publiczność wierną, która nie odpuszcza żadnej projekcji. Jesteśmy fajną symbiozą, dobrym organizmem - dodaje Zuzanna Fogtt.

Epilog: czas wyjść z kulturą poza metropolie

Zupełnie niespodziewanie rzeczywistość dopisała do tego materiału zgrabną puentę. Zwycięzcą tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni jest obraz Wszystkie nasze strachy, opowiadający o życiu cenionego polskiego artysty Daniela Rycharskiego. To twórca, który choć studiował w Krakowie grafikę i jest wykładowcą na szczecińskiej Akademii Sztuki, zdecydował się pozostać w rodzinnych okolicach (Sierpc oraz znajdujące się opodal Kurówko). I robić sztukę, której głównym tematem jest tożsamość współczesnej polskiej wsi, współpracując i zachęcając do czynnego udziału w kulturze okolicznych mieszkańców.

Czy zatem mniejsze miasta przeżyją bez kultury? Nie, bo wtedy ludziom naprawdę pozostaną już tylko wspomnienia. Ważne jest jednak, żeby razem z nią polska prowincja nie pozostała bez innych usług. I - przede wszystkim - bez pracy. A cyfry są bezlitosne. Przytaczane w książce Zapaść dane z raportu Polska średnich miast autorstwa profesora Przemysława Śleszyńskiego mówią jasno: w miastach powiatowych w 1994 roku było ulokowane 11.6 procent siedzib 500 największych działających w Polsce spółek. 20 lat później było to już tylko 7.6 procent. Z kolei w Warszawie w 1995 roku działało 10.8 procent firm zatrudniających minimum 250 osób. W 2014 - 17.3%. Dzieje się tak, bo prywatyzowane przedsiębiorstwa były przejmowane przez zagraniczne kapitały, które rozmieszczały centrale w stolicy i innych dużych aglomeracjach.

Utrzymanie życia kulturalnego na prowincji musi być jednym z ważniejszych zadań Ministerstwa Kultury. To istotne zarówno dla mieszkańców starszych, jak i młodszych, którzy muszą mieć poczucie, że warto tu zostać, bo nie są skazani tylko na Netfliksa. Głód jest, potencjał jest, trzeba tylko zainwestować w to czas.

Od lat robię występy Ragnara Ólaffsona, to jest wykonawca z Islandii - opowiada Bartek Borowicz. Wyobraź sobie, że w wielkopolskim Obrzycku, w poniedziałek - najgorszy dzień na koncerty - zrobiliśmy jego występ u kogoś na chacie. Pojawiło się tyle ludzi, ze ledwo się mieścili w domu. Kiedy trzeba było śpiewać - śpiewali, w chwilach ciszy - milczeli. Sprzedaliśmy masę płyt, wszystko się zgadzało. Albo koncert w Dłutówku, wieś, 1000 mieszkańców, a organizator mówi: będzie tyle ludzi, że się nie zmieścimy. Może zagracie w stodole? To zagraliśmy. Dziki tłum, Koncert kończy się owacją na stojąco. Prowincja jest super!

IMG_20210821_103506_410.jpg
fot. Stefanie Oepen

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.