Jest wzruszenie. „Strażnicy Galaktyki 3” pięknie domykają całą trylogię

Zobacz również:Przełom w kinematografii? Reżyserki mają coraz większy udział w mainstreamowym rynku filmowym
straznicy-nwnc.jpeg

Wspólnym mianownikiem wychowania w latach 90. był zbiorowy płacz na Królu Lwie, a wspólnym mianownikiem wychowania na przełomie ostatnich dwóch dekad może być chlipanie na trzecich Strażnikach Galaktyki.

Artykuł pierwotnie ukazał się w maju 2023 roku

Już na wejściu słychać Creep, największy hit Radiohead, od trzech dekad nieformalny hymn odszczepieńców jak świat długi i szeroki. Nieprzypadkowo, bo Strażnicy Galaktyki od zawsze starają się opowiedzieć, że jeśli już kogoś słuchać w tych zwariowanych czasach, to tylko dziwaków. I dziwactwa, zwłaszcza w warstwie humorystycznej, w trójce nie zabraknie; w końcu to James Gunn. Ale tegoroczny przebój Marvela niesie za sobą zaskakująco sporo refleksji, dotyczących humanizmu. Wnioski niewesołe.

Tym razem, trochę niespodziewanie, na pierwszym planie jest Rocket. I to reminiscencje z jego biografii wypchną niedzielnego, marvelowskiego widza z mitycznej strefy komfortu. Nie trzeba wielkich słów, żeby wytknąć ludziom nazbyt ochocze bawienie się w demiurga, decydowanie o losach słabszych i stosunek do nich. Na przykład, jeśli chodzi o zwierzęta. I James Gunn dokładnie w taki sposób wystawia rasie ludzkiej rachunek za brak człowieczeństwa. Kto wie, czy to nie najsmutniejsze momenty w całej historii Marvel Cinematic Universe. Równocześnie bez smutnej historii Rocketa trójkę trzeba byłoby wymyślić na nowo, bo oś filmu opiera się na działaniach Wielkiego Ewolucjonisty. Szwarccharakteru absolutnego, w którym widać odbicia i jak najbardziej rzeczywistych dyktatorów, i wizjonerów-technokratów, działających rzekomo w imię rozwoju, ale w praktyce – ciągnących ludzkość w otchłań. Chyba nie byliby daleko od prawdy ci, którzy odczytają Strażników Galaktyki 3 jako antywojenny, antykorporacyjny środkowy paluch. A przecież to kolejna część serii raczej familijnej, w której pojawiał się i gadający szop, i gadające drzewo.

Trójka pędzi dwutorowo: z jednej strony przedstawiając dotychczasowe życie Rocketa, z drugiej – podążając za całą ekipą w jej misji; trzeba zdobyć kody do technologii, znajdującej się wewnątrz szopa. James Gunn sprawnie kontroluje ruch, dając wybrzmieć obu historiom. Aczkolwiek poważniejszy nastrój przenika przez obie opowieści. Tym razem drużyna nie działa już w imię ludzkości, ale po to, żeby uratować jedno, konkretne życie. Stąd większe skupienie na konkretnych motywacjach bohaterów, ale nie ma co zdradzać szczegółów – wystarczy wiedzieć, że to najbardziej psychologiczna ze wszystkich odsłon serii. A że Gunn naprawdę umie i w akcję, i w psychologię, to tym bardziej Marvel może żałować przejścia reżysera do stajni DC – pytanie, czy wyrzucenie go za szereg dyskusyjnych, pradawnych tweetów przy jednoczesnych przeprosinach reżysera był tego wart.

Trzeci Strażnicy są mocni także na płaszczyźnie scenariuszowej – a i za ten element odpowiadał James Gunn. Wielki Ewolucjonista ze swoimi motywacjami to sytuacja autentycznie przerażająca; chyba to pierwszy raz, kiedy MCU pokazało postać, z którą nie można utożsamić się choćby w połowie procenta. Bohaterowie, niegdyś obojętni sobie, w trójce są w stanie zrobić wszystko dla jednego z nich. Do tego Gunn nie przytłacza żadnego osobnego życiorysu historią Rocketa, każdy z ekipy ma tu swój czas, wszystkie wątki pięknie się domykają, historia płynie do końca. I w sumie można krzywić się na drobiazgi, bo na przykład Sylvester Stallone został tu wykorzystany tylko po to, żeby można było powiedzieć, że miało się go na moment w filmie, ale czy to ważne? No nie, bo trójka to taki film, w którym podskórnie czuje się gówniarską zajawkę kinem o przyjaźni i serio jest się w stanie w nią uwierzyć, niezależnie od grubości pancerza cynizmu, w jakim weszło się na salę.

Szkoda, że to już się kończy. W galaktyce mainstreamu wbrew pozorom trudno o kino, w którym czysta rozrywka wyrasta na konkretnej glebie z żalu, rozgoryczenia, generalnie smutku. Za klasykiem: nic nie boli tak, jak życie. Oraz, też za klasykiem, weź to poczuj.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, współprowadzący „Bolesne Poranki” oraz „Plot Twist”. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych. Te absurdalne opisy na naszym fb to często jego sprawka.
Komentarze 0