Miał być dopiero jesienią w kinach - jest już wiosną na Netfliksie. Pokazywany podczas prestiżowego Sundance Film Festival obraz Jakuba Piątka trochę nieoczekiwanie stał się jedną z najgłośniejszych i najszerzej komentowanych premier sezonu. Wiele hałasu o nic?
Oj nie. Choć opinie na temat reżyserskiego debiutu Piątka są podzielone, my jesteśmy na tak. I nie zmieniają tego nawet przeboje wokół mężczyzny, który oskarżył producentów, że ukradli jego historię - niejaki Adrian M. był podobno gościem, który wtargnął w 2003 do TVP i uzbrojony w gazówkę wziął zakładnika. Prime Time to film z mocnym, zanurzonym w polskich realiach backgroundem, a równocześnie na tyle świeży i uniwersalny, że bez problemu może zostać dobrze odebrany pod każdą szerokością geograficzną.
Zaczyna się tak: 31 grudnia, przygotowania do telewizyjnej nocy sylwestrowej w pełni, późnym popołudniem spikerka ma wejście na żywo, aż tu nagle przed kamerą pojawia się jakiś facet z bronią i zakładnikiem. Szybko czarna plansza i reklamy, żeby tylko widzowie tego nie oglądali, ale coś trzeba zrobić, bo gość zabarykadował się z dwójką już zakładników w studiu i nie chce wyjść, dopóki nie dostanie czasu antenowego na przeczytanie swojego listu. Ciekawe? No to zobaczcie, dlaczego warto wejść głębiej w tę historię.
1
Trzyma w napięciu do ostatnich sekund
Bez zbędnych wprowadzeń, bez przeciągania i przekombinowanego zakończenia. Prime Time, wzorem klasycznych kryminałów, od razu wrzuca widzów w sam środek akcji. Debiutującemu za kamerą Jakubowi Piątkowi udaje się utrzymać to tempo do samego końca. Przestojów brak, a elektryka pomiędzy trzema stronami dramatu - desperatem, który wjeżdża do budynku telewizji i bierze zakładników, negocjującą z nim policją oraz samymi zakładnikami - jest mocna. Nawet kiedy pojawia się wątek rodzinny, zazwyczaj psujący konstrukcję podobnych scenariuszy (przecież chodzi o to, żeby wyjaśnić działania protagonisty i wyłożyć kawę na ławę, o co chodzi), to jest zupełnie nienachalny. Oglądamy i jakoś tak czujemy, że chyba wiemy, jak to wszystko się skończy... ale w sumie jednak nie wiemy.
2
Jest zaskakująco wiarygodny...
Może poza jedną, wklejoną trochę bez sensu sceną tańca zakładników do jakichś obskurnych drum'n'bassów. Na Jakuba Piątka warto będzie mieć oko, bo gość umie w oszczędność formy. Dialogi odmierzone od linijeczki. Zero patosu i efekciarstwa. Brak nieznośnego moralizowania. Płacimy za thriller psychologiczny - i go dostajemy. Jakby poszukać współczesnego odpowiednika dla Prime Time, to najbliżej byłoby chyba duńskim Winnym, festiwalowemu przebojowi sprzed paru sezonów. U Piątka dodatkowym bonusem jest retro sznyt całości (akcja rozgrywa się w sylwestrową noc 1999/2000), ale na szczęście osadzenie w konkretnym miejscu historii w żaden sposób nie wpływa na fabułę filmu. To samo mogło wydarzyć się choćby 31 grudnia 2020, chociaż różnica jest taka, że kiedyś telewizję oglądali wszyscy, a dzisiaj nikt.
3
...ale pozostawia nutkę tajemnicy
SPOILER ALERT, więc ostrzegamy: generalnie motywacja Sebastiana, faceta, który na wizji wjeżdża przed kamery i bierze zakładników, żeby tylko dać mu parę minut na odczytanie swojego listu, nie zostaje wyjaśniona. Są głosy, dla których to zarzut. Ale można też odczytać pozostawienie niewyjaśnionej historii jako uczciwy odbiór tych wydarzeń z pozycji obserwatora. Tego, co zwykle kieruje podobnymi desperatami, nie jesteśmy w pełni ogarnąć. I dobrze, że twórcy Prime Time postawili sprawę w ten sposób, zamiast na siłę wymyślać finał, albo, o zgrozo, doklejać jakieś przesłanie.
4
Ani to film o napadzie, ani o Polsce
To o czym? W największym skrócie - o desperackim łaknieniu pięciu minut sławy. Teraz, w erze social mediów, grany przez Bartosza Bielenię Sebastian nie musiałby porywać ludzi, żeby przeczytać światu to, co ma do powiedzenia. Ale wtedy realia wyglądały zupełnie inaczej. I czuć nieprzyjemne mrowienie, bo to podobny krzyk rozpaczy, jak świeże wrzucanie na Instagram własnego nekrologu przez siostrę Godlewską. Chociaż jesteśmy już dwie dekady do przodu, pewne mechanizmy pozostają niezmienne.
Aha, Bielenia bardzo dobry, im dalej w film - i im mocniej jego bohaterowie sytuacja wymyka się spod kontroli - tym lepszy. Bez szarżowania, zwykły Seba z tłumu, który tak jak wielu przed nim marzył, żeby w imię zaleczenia frustracji wyciągnąć klamkę i pokazać światu środkowy palec. I to mu się przynajmniej na moment udało.
Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!
Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, współprowadzący „Bolesne Poranki” oraz „Plot Twist”. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych. Te absurdalne opisy na naszym fb to często jego sprawka.
Podobał Ci się ten artykuł?
Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.
Amba fatima o „głos robota” to dla nas codzienność, bo mamy nalot kustoszy „prawdziwego hip-hopu” niemal za każdym razem, gdy odnotowujemy ruchy kogoś, kto nie jest Kool Keithem.
„Muzyka rozrywkowa” Pezeta była płytą spektakularną; była czymś świeżym. nikt wcześniej w Polsce tak nie rapował – wyznaje Louis Villain, który kilka dni temu wydał najnowszy album, „In blanco”.
„Na pewno to bardziej pomaga niż szkodzi mojej karierze” – mówi nam Damian Kocur, autor filmu „Pod wulkanem”, który w przyszłym roku ma szanse zgarnąć Oscara.