„Wiedźmin: Rodowód krwi”: Na ile podtrzymywanie przy życiu tego uniwersum ma rację bytu? (RECENZJA)

Zobacz również:Adam Sandler, Kevin Garnett, The Weeknd i... świetne recenzje. Na ten netflixowy film czekamy jak źli
abjv20221205143320298xntt.jpg
Kadr z serialu "Wiedźmin: Rodowód krwi"

Co powiedziałby o Rodowodzie krwii Zoltan Chivay, tego nie jestem pewien, możliwe, że tylko by się skrzywił, splunął soczyście na ziemię i charknął przez ściśnięte zęby, żeby Netflix dał sobie spokój, bo wyżej rzyci nie podskoczy. Przed kolejnym, trzecim sezonem, streamingowy gigant chciał rozbudować świat Wiedźmina. I sam się zaorał.

Nikt się pewnie temu ruchowi nawet specjalnie nie dziwi, bo taka jest kolej rzeczy – moda na prequele i narracje typu origin story wjechała już z drzwiami w każdy zakamarek popkultury. To dobrze widać na przykładzie mijającego roku – Disney wzbogaca Andorem uniwersum Star Warsów i tłumaczy, w jakich bólach rodziła się Rebelia; twórcy Rodu Smoka cofają zegary do czasów, gdy upadało królestwo Targaryenów; Amazon objaśnia Drugą Erę Śródziemia i robi podbudówkę pod LoTR-a. To jeden z gorętszych trendów w streamingu i naprawdę nie mam nic przeciwko, ale skala zjawiska każe postawić kilka pytań. Jaką intencję niesie generowanie spin-offów? Jak umiejscawiają się one wobec tradycji, czym się inspirują, co mają nam do powiedzenia i do dodania? Bo czy taka historia ma iść blisko ściany, kurczowo trzymać się wydeptanych ścieżek, odcinać kupony od sławy i świętości materiału źródłowego? Ma wyciskać na maksa sentyment, dawać fanom radość z follow-upów do kanonu i handlować fanserwisem? A może lepiej burzyć zastany porządek, szukać nowego i nie przejmować się, co pomyślą fani? Bądź tu mądry recenzencie i, jak Jaskier, pisz wiersze.

I tak się zresztą składa, że to właśnie Jaskier będzie pomostem między spin-offem a sagą. Wierszokleta z lutnią, jak zwykle, ściągnął sobie na kark kłopoty i wpadł w środek poważnej bitwy, generalnie pożoga i prucie flaków. Nagle rzeźnia zamienia się w wielki mannequin challenge – świat na chwilę zastyga w bezruchu. Przed Temerczykami ratuje Jaskra pewna elfka, jak się okazuje, wiele ich łączy. On jest bardem, układa pieśni i ballady – śpiewa o wojnie z Nilfgaardem, śpiewa o Geralcie i o Lwiątku z Cintry. Ona przenika między epokami w poszukiwaniu zapomnianych historii, które ożywia na nowo, gdy są światu potrzebne. Tak się składa, że komanda Scoia'tael walczą o wolność, ale oprócz szczęku żelaza przydałaby się pieśń, która poniesie ich do zwycięstwa. Ballada o garstce, która pokonała wielu – ballada o Siedmiorgu, którzy dawno temu obalili potężne imperium, sprowadzili na świat Koniunkcję Sfer, a wraz z nią ludzi i potwory, plus stworzyli pierwszego wiedźmina. Tej historii nie znałem – nie wytrzymuje Jaskier. – Pierwszym wiedźminem był elf i zabijaka? To potężnie wkurwi Geralta. Nie tylko jego, bo na wielu poziomach wkurwi też wiedźmińską fanbazę. Ci nie lubią, gdy grzebie się w ich ukochanym dziele.

Gdyby przyszło wam do głowy szukanie tej historii w książkach, to możecie sobie odpuścić. U Sapkowskiego o Koniunkcji Sfer jest tylko wzmianka. Wiadomo jedynie, że dwanaście stuleci temu świat uległ kataklizmowi – uwolniona energia strzaskała czasoprzestrzeń, równoległe światy znalazły się tak blisko siebie, że w końcu się pokryły, wszystko ze wszystkim się wymieszało i wtedy do naszego wymiaru wpadły te wszystkie strzygi, harpie, ghule, graveiry, wampiry, pełny przegląd. Elfy twierdzą, że podczas Koniunkcji pojawili się też ludzie, którzy przybyli z innego, swojego dawnego świata i na dokładkę nauczyli się posługiwać magią. Nie wiadomo, jak to się stało, sam Sapkowski niczego nie wyjaśniał. A kiedy niewiele wiadomo, kiedy margines dowolności jest tak duży, to można sobie poszaleć, w luki wstawić plomby.

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że łatanie dziur w prozie Sapkowskiego, transponowanie jej, czy też dopisywanie dalszego ciągu to żadna nowość. Nie będę rozpisywać się tu ani o gamingowej sadze CD Projekt Red, ani o komiksie Wiedźmin. Ronin i przenoszeniu przygód Geralta w realia feudalnej Japonii, ale muszę przypomnieć wiedźmiński anime-prequel, czyli Zmorę Wilka. Marek Fall w swojej recenzji przywoływał fragment wywiadu ze scenarzystą Beau DeMayo, w którym ten mówił o licznych niedopowiedzeniach u Sapkowskiego, rzeczach, które czają się pod spodem i szansach na pogłębienie backstory mniej opatrzonych bohaterów. Punktem wyjścia było zatem postawienie pytania, kto wychował Geralta i dopełnienie wątku Vesemira. Declan De Barra, scenarzysta Rodowodu krwi, idzie jeszcze dalej – pyta, kto był pierwszym wiedźminem w ogóle, a tak naprawdę chce wgryźć się w opowieść o stworzeniu wiedźmińskiego świata i genezę całego Kontynentu. I szkoda tylko, że sprawa zrobiona jest pośpiesznie, po łebkach, w kilku na pałę skleconych odcinkach.

wiedzmin-rodowod-krwi-zwiastun-serialu-head.jpg
Kadr z serialu "Wiedźmin: Rodowód krwi"

Epizody są cztery, miało być ich sześć, i może w tym częściowo tkwi problem – taka historia zasługiwałaby raczej na rozmiar XXL niż ledwie miniaturkę. Tymczasem pierwszy odcinek to ekspozycja na przyspieszonych obrotach. Dowiadujemy się na przykład, że w złotej epoce elfów, świeżo upieczony król Xin'trei, chce zakończyć tysiącletnią wojnę na Kontynencie – podpisać traktat między trzema królestwami i połączyć siły. Traktat daje pretekst arcymagowi Balorowi by zbuntować czarodziejów i generałów przeciwko ich monarchom. W przewrocie pomaga mu siostra króla, księżniczka Merwyn, która zabija brata, przejmuje rządy, wymazując tysiącletnią historię dynastii i klanów. No właśnie, każde królestwo ma swój klan: Klan Psa, Klan Węża i Klan Kruka, te chronią królów, ale przed nikim nie odpowiadają. Too much? No to patrzcie teraz! Po zamachu stanu przeznaczenie łączy sześcioro samotnych wyrzutków, odległych od wielkiej polityki: Fjalla z Klanu Psa, który został wygnany z Xin'trei za chędożonko z księżniczką; Scían, mistrzynię miecza i ostatnią z plemienia Ducha; Callana aka Brat Śmierć; władających magią Zachare i Syndrill; krasnoludkę Meldof. Prowadzić ma ich siódma, zwana Skowronkiem – wojowniczka, która zamieniła miecz na instrument i została wędrowną bardką. Mija dopiero kwadrans, a może pół godziny serialu.

Wybaczcie tę wyliczankę, to żaden spoiler, a raczej celowy zabieg, żeby pokazać, ile tu się próbuje upchnąć. Fabuła pędzi jak oszalała, zamiast na spokojnie się rozwijać. W jednym momencie dzieje się tak dużo, że świat wydaje się trzeszczeć w szwach. Twórcy w niecałe cztery godziny chcą powiedzieć coś o każdym, a – biorąc pod uwagę powyższą listę – nie udaje im się opowiedzieć o nikim. Na rozwinięcie wątków i dookreślenie nowych bohaterów zwyczajnie nie starcza czasu, ich działania są przez to powierzchowne i płytkie. Balor to plebejusz z przerostem ambicji. Księżniczka Merwyn ma zapędy kolonizatorskie. Ot, cała gra o tron. Nawiązuję do streamingowej sagi według Martina, bo aż się prosi, żeby moment politycznego przełomu w wiedźmińskim uniwersum kipiał od zrywania i zawiązywania trudnych sojuszy, knucia, snucia zawiłych intryg, podchodów o władzę. Gdyby twórcom Rodowodu krwi coś takiego się udało, byłby sztos, ale o podobnym starciu charakterów tutaj można w ogóle zapomnieć. Bo z całej ballady o Siedmiorgu może dwoje bohaterów zostało obdarzone jakimiś szczątkowymi cechami. Reszta snuje się gdzieś w tle, nie ma żadnych właściwości – niewykorzystany potencjał tkwi choćby w postaci Scían, granej przez Michelle Yeoh. Typowy case: weź jedno mocne nazwisko i rzuć je na plakat.

Ironią losu jest zaś fakt, że to wszystko tyczy się akurat serialu, który w praktyce jest opowieścią o mocy opowieści. O tym, że snucie, słuchanie i posyłanie historii dalej w świat tworzy społeczną tkankę. Panuj legendą, a zapanujesz nad światem – powraca w serialu jako flagowy leitmotiv. Ballady Skowronka czy legendy ludowe Jaskra śpiewane są po karczmach, gospodach, na ulicach, mają wielką moc, jako nośniki zawartych w nich treści. To właśnie z tych słów, nieustających w wierze, buduje się nowy świat. I to jest pewnie najmocniejszy wątek – podobnie jak zapożyczona od Sapkowskiego wizja królestwa targanego rasowymi napięciami i strachem przed odmiennością, w którym walutą jest ludzka chciwość i żądza władzy – szkoda tylko, że twórcy sami nie mają ciekawej, dobrze opowiedzianej historii. Rodowód krwi to spin-off straconej szansy, ale i moment prowokujący do postawienia pytania, na ile podtrzymywanie przy życiu tego uniwersum ma w ogóle rację bytu? Henry Cavill zrezygnował z roli Geralta. Ludzie żądają na jego miejsce Roberta Makłowicza. Lecą bluzgi, skargi i petycje. Cytując klasyka: mądrze zaczynają, a zawżdy do dupy kończą!

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Mateusz Demski – dziennikarz, krytyk, bywalec festiwali filmowych. Pisze dużo o kinie na papierze i w sieci, m.in. dla „Przekroju”, „Przeglądu”, „Czasu Kultury” i NOIZZ.pl. Ma na koncie masę wywiadów, w tym z Bong Joon-ho, Kristen Stewart, Gasparem Noé i swoją babcią.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.

Komentarze 0