Tęsknimy za starym Drakiem. Mija dekada od premiery „Take Care”

Zobacz również:Drake brzmi jak Eminem? Tak jeszcze jakiś czas temu twierdził Akon
Drake Take Care
fot. okładka "Take Care" Drake'a

Nie mogę nie podchodzić do Take Care z sentymentem. Licząca około tysiąca znaków recenzja drugiego albumu Drake’a wysłana do redakcji Aktivista stała się dla mnie w zasadzie przepustką do dziennikarskiego świata.

Wynikała z ekscytacji i zachwytu nad dziełem Kanadyjczyka, który jeszcze wychodził z cienia swojej roli w Degrassi: Nowy rocznik. W Polsce certified lover boy był znany szerszej publiczności głównie z featuringu w What’s My Name? Rihanny. Jego drugi studyjny album zachwycił krytykę w Stanach i ostatecznie pokrył się tam sześciokrotną platyną. Tutaj, oraz na Nothing Was the Same, mamy styczność z esencją starego Drake’a – tego, za którym tęsknić teraz jeszcze łatwiej niż za starym Kanye.

Smutny chłopak w jacuzzi, który patrzy na panoramę miasta i walczy w swojej głowie z niskimi instynktami. Gwiazdor telenoweli pokutujący za błędy i nie umiejący zakleić ran drogimi ciuchami ani znieczulić się odpowiednio szampanem. To dla osób wychowanych wedle osiedlowego etosu obrazy śmieszne. Międzyklasowe wojenki w rapie są obecne także w naszym kraju – ostatnio intensywnie omawiane na przykładzie Maty i Taty. Ale ten krzyż musiał najpierw ponieść Champagne Papi.

Zanim Drake zaczął udawać, że jest z Jamajki lub południowego Londynu był po prostu sobą. Raperem, który umie śpiewać i wokalistą, który umie rapować. Nad Take Care unosi się wielka chmura melancholii słyszalna jako strugi deszczu, rozbłyski świateł czy dudniąca w klubie muza, która w zasadzie nie dociera do uszu pogrążonego w rozmyślaniach protagonisty. Nie ma się co oszukiwać, to w większości zasługa czujnego ucha 40. Wierny kompan Aubreya Grahama właśnie w tym okresie, od Thank Me Later do Nothing Was the Same, tworzył swoje najciekawsze – i pod wieloma względami innowacyjne – podkłady. Jego sentymentalizm – ubrany w trapowe perkusjonalia, śliski bas, syntezatorowe rozbłyski oraz okazjonalne użycie żywych instrumentów – pozbawiony jest rzewnego patosu. Jest zwyczajnie strawny.

W tych dekoracjach, i na tym etapie, Drake potrafił konsekwentnie trzymać się określonego nastroju. Odwrotnie jak na ostatnich płytach, gdzie rzuca w ścianę generycznymi pomysłami i sprawdza, co się przyklei do uszu słuchaczy. Siła Take Care nie wynika jednak tylko z porównania do obecnej twórczości Grahama – była obecna od dnia premiery. Drake dał sobie jednak wmówić, że prezentowana przez niego kruchość jest śmieszna i nie uchodzi plującemu w majka MC. Stąd najpewniej nagły skręt gwiazdora w stronę prężenia muskułów i bycia twardym brodaczem, który szuka u wszystkich respektu.

A ten miał u braci za Under Ground Kings, Lord Knows czy HYFR – stricte rapowe numery podlane nieco bardziej refleksyjnymi dźwiękami. Fuzję z r'n'b, której efekty dla rozwoju pop rapu były niepodważalne, przeprowadzał chociażby z Nicki Minaj w Make Me Proud. Numerze, w którym oboje demonstrują się z najlepszej strony nie tylko składając wersy, ale i wspólnie śpiewając. Można też się kłócić czy na In Colour Jamie xx nie próbował kilkanaście razy skopiować magii, którą uzyskał w studiu z Rihanną i Drakiem w tytułowym numerze. Bit w Crew Love z udziałem The Weeknd nadal wyprzedza obecne czasy.

I wreszcie są utwory, w których Kanadyjczyk jednoznacznie odsłania miękki brzuch i, tym samym, masywne przyrodzenie – bo w stanowiących świetnych otwierający dyptyk Over My Dead Body i Shot for Me oraz Marvins Room nasz nachmurzony playboy wyśpiewuje swoje najpiękniejsze melodie w karierze.

Dziś Take Care jest nieco przyprószone audialnym kurzem i domaga się nawet sprawnego remasteru. Ale to tylko potęguje ten nieco duchologiczny, a przede wszystkim mocno sentymentalny i szczery charakter. Ból czyni silniejszym? Być może. Ale siła oraz pragnienie ciągłego jej posiadania, na przykładzie poczynań artysty w ostatnich latach, potrafi być dużo bardziej destrukcyjne niż duchowy ból.

Podziel się lub zapisz
Do newonce.net przybył w letnim oknie transferowym sezonu 2021. W muzycznym świecie szuka ciekawych dźwięków, ale też wyróżniających się idei - niezależnie od gatunku. Bo najważniejszy jest dla niego ludzki aspekt sztuki. Zajmuje się także kulturą internetu i zajawkami, które można określić jako nerdowskie. Wcześniej jego teksty publikowały m.in. Aktivist, K-Mag, Poptown czy Art & Business.
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.